Rosja - Gruzja; do przerwy 1:1

Mija tydzień od rozpoczęcia zbrojnego konfliktu pomiędzy Gruzją a Rosją o faktyczną kontrolę nad dwiema zbuntowanymi gruzińskimi prowincjami. Dużo za wcześnie jeszcze na oceny i ostateczne wyciąganie wniosków, gdyż poza napięciem militarnym, istniejącym pomimo teoretycznego zawieszenia walk, iskrzenie na szczeblu politycznym wcale nie wydaje się zmniejszać. Wnioski końcowe z konfliktu Rosja - Gruzja nie będą być może aż tak zaskakujące ani kontrowersyjne (zapewne z kilkoma wyjątkami), jednak dużo ciekawszy wydaje się front Rosja - reszta świata. Uważam, że na możliwość pełnowartościowej oceny skutków tego drugiego konfliktu będziemy musieli poczekać jeszcze co najmniej kilkanaście tygodni. Trudno jednak odmówić sobie przyjemności stworzenia choćby przyczynku do późniejszej dyskusji w tym temacie.

Niemalże od samego początku walk przeważają głosy polityków i komentatorów oceniające gruzińską decyzję o rozpoczęciu działań zbrojnych jako wielki błąd. Czy Michaił Saakaszwili po licznych, inicjowanych przez Rosję, zaczepkach faktycznie dał się sprowokować? Trudno jest w tej chwili odpowiedzieć jednoznacznie. Z pewnością musiał wiedzieć o koncentracji rosyjskich sił w tamtym regionie. Czy liczył na fakt, że rosyjski prezydent i premier przebywając poza Moskwą nie podejmą decyzji o interwencji militarnej? Z pewnością nie. Byłoby to skrajną naiwnością. W dzisiejszych czasach świat nie tylko jest płaski (jak przekonuje nas Thomas Friedman), ale dzięki łączności elektronicznej jest też mniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Saakaszwili zapewne zakładał, że interwencji Rosji nie będzie, jednak nie mógł sądzić że powstrzyma ją wyłącznie urlop Dmitrija Miedwiediewa lub wyjazd Władimira Putina do Pekinu.

Teoretycznie od kilkudziesięciu już godzin (tekst ten powstaje w piątek, 15 sierpnia 2008) obowiązuje zawieszenie broni. Według licznych doniesień nie jest ono jednak przestrzegane. I jest to tylko jeden z wielu przejawów tego, jak zdumiewające jest zachowanie Federacji Rosyjskiej w kontekście dbania o opinię na forum międzynarodowym (a właściwie braku dbałości). Czy kontynuacja walk jest dalszą, świadomą grą Rosji czy też spadkobiercy Armii Czerwonej „mają problemy” z wykonywaniem rozkazów? Jeżeli rosyjskie władze faktycznie w dalszym ciągu „autoryzują” walki swoich oddziałów na terytorium Gruzji oznacza to, że Rosji kompletnie nie zależy nawet na sprawianiu pozorów. Jeżeli nie, to ewentualna niesubordynacja wojskowych też fatalnie o niej świadczy.

A czy będzie miało to jakiś realny wpływ na stosunki tego kraju w kontaktach z innymi państwami lub organizacjami międzynarodowymi? Jeżeli tak, to z którymi? Wydaje się, że wiele (o ile nie wszystko) zależeć tutaj będzie od dalszych kroków Stanów Zjednoczonych. A te zdecydowanie zaostrzyły swoją retorykę. Zapowiadana jest wizyta Condoleezzy Rice w Tbilisi. Czy amerykańska sekretarz stanu odwiedzi również Moskwę? Teoretycznie jest do tego dobry pretekst: zarówno prezydent Saakaszwili jak i prezydent Miedwiediew nie podpisali jeszcze ustalonego przy udziale prezydenta Sarkozy`ego sześciopunktowego porozumienia o przerwaniu ognia. Sekretarz stanu uzyskawszy podpis w Tbilisi mogłaby udać się po drugi do Moskwy. Na razie nic jednak nie wskazuje na wizytę amerykańskiego wysłannika na Kremlu.

Obecnie należy z uwagą obserwować kolejne kroki administracji George’a Busha. Jak powszechnie wiadomo jest on człowiekiem bardzo religijnym, co odzwierciedla się m.in. głębokim przekonaniem o spoczywającym na nim obowiązku walki ze złem. Konieczność walki z państwami „osi zła” była nawet fundamentem retoryki Busha uzasadniającej i usprawiedliwiającej jego kontrowersyjne poczynania w Iraku. Czy wiara we własną misję skłoni go do podjęcia jeszcze bardziej stanowczej obrony zaatakowanej, słabszej w tym konflikcie Gruzji? W warunkach europejskich argument taki byłby zapewne uznany za absurdalny, jednak uważam że w odniesieniu do urzędującego prezydenta USA nie można go z całą pewnością wykluczyć. Można uznać, że amerykański prezydent zapewne nie posunie się do postawienia Federacji Rosyjskiej w jednym szeregu z Iranem czy Koreą Północną. Amerykańskie społeczeństwo nie zapałało jednak po zakończeniu zimnej wojny gwałtowna sympatią do swojego wieloletniego wroga. Rozbudzenie „sentymentalnych”, antyrosyjskich postaw nie powinno być więc trudne. Może to bardzo ułatwić podjęcie stanowczych kroków wobec Rosji (a zwłaszcza zmotywować do ich podjęcia), a także przysporzyć wielu zwolenników. Nie bez znaczenie pozostaje fakt, że w perspektywie nadchodzących wyborów Partia Republikańska jak kania dżdżu potrzebuje czegoś, co choć trochę odwróci uwagę społeczeństwa od pogarszającego się stanu amerykańskiej gospodarki.

Przed kilkoma miesiącami amerykańskie media doniosły, że George Bush odbył serię spotkań z osobami uznawanymi w Stanach za autorytety (m.in. w zakresie politologii, polityki międzynarodowej czy ekonomii). Pytał o to jak 8 lat jego prezydentury będzie oceniane za 5, 10 czy 20 lat. Niewątpliwie to, co usłyszał, nie spełniło jego oczekiwań. Czy wobec licznych niepowodzeń w Iraku, Gruzja może być obszarem, w którym zechce osiągnąć spektakularny sukces jeszcze przed ustąpieniem z urzędu w styczniu 2009 roku?

Nie chcę tutaj roztrząsać teorii mówiącej o rzekomym doprowadzeniu do konfliktu rosyjsko – gruzińskiego przez administrację USA w celu zwiększenia poparcia dla Johna McCaine’a (bohater czasów zimnej wojny kontra nieopierzony młokos bez doświadczenia). Czasy takich „numerów” w wykonaniu Amerykanów chyba już minęły. A przynajmniej chcę w to wierzyć.

Tak czy inaczej widać diametralną różnicę pomiędzy postawą Waszyngtonu sprzed tygodnia (kiedy to stacjonujący w Gruzji amerykańscy żołnierze szykowali się do ewakuacji) a tą, którą prezentuje dziś (stanowcza krytyka Rosji i jednoznaczne wsparcie udzielone Gruzji). Wydaje się, że piłka jest teraz po stronie Władimira Putina.

Na zakończenie pozwolę sobie na jeszcze jedno kontrowersyjne być może stwierdzenie: pomimo dotkliwych strat militarnych, nie jest jeszcze przesądzone czy Gruzja faktycznie przegrała ten konflikt. Jeżeli Rosja nie przestanie się pogrążać, jej łączne straty (strata wiarygodności i prestiżu) mogą okazać się znacznie dotkliwsze niż rany Gruzji.

Tak na marginesie, jeżeli Niemcy chcą jeszcze kiedyś mieć coś do powiedzenia w związku z omawianym konfliktem, jest to dla nich ostatni moment żeby przypomnieć o swoim istnieniu.

Maciej Bil