Przeprosić, pokajać się i liczyć na wyrozumiałość

Ostatnie wydarzenia polityczne skłoniły mnie do poczynienia pewnych refleksji odnośnie kryzysów rządowych. Otóż z niewiadomych przyczyn naszym politykom z wielkim trudem przychodzi przyznanie się do błędu i wyciągnięcie odpowiednich wniosków oraz konsekwencji w stosunku do ludzi, którzy zawiedli. Dominuje praktyka zaprzeczania nawet w najbardziej jaskrawych przypadkach, oraz taka maniera wmawiania wszystkim, że są głupsi niż norma zakłada ponieważ widzą co innego niż naprawdę widzieć powinni.
Afera z nagraniami z udziałem posłanki Renaty Beger i posłami Prawa i Sprawiedliwości jest przyczyną poważnego kryzysu politycznego. Sytuacja ta zagraża celom jakie Premier Jarosław Kaczyński postawił sobie i swojemu zapleczu politycznemu idąc do wyborów. Wielokrotnie powoływał się na te cele, można więc uznać, że są one istotne. Ma to być odnowa moralna w polityce i społeczeństwie, walka z korupcją, rozbicie jakiś tam potencjalnie odkrytych układów nieformalnych dławiących polską rzeczywistość gospodarczo-polityczną. Wszystkie te cele stanowią niezwykle poważną Misję jakiej się podjął Premier i wszyscy jego sprzymierzeńcy. Jest to sprawa poważna i była przedstawiana w poważnym tonie. Tymczasem okazuje się, że dwaj działacze partyjni są ważniejsi niż skuteczne rządy, a więc realizacja Misji. Premier Kaczyński nie przeprosił, nie zdymisjonował, nie wyciągnął żadnych konsekwencji. Zrobił coś gorszego nawet. Usprawiedliwiał, odrzucał zarzuty kierując kontr zarzuty na przeciwników politycznych, obraził się na media.

   W mojej ocenie jest to najgorszy z możliwych scenariuszy. Opiera się na braku koncepcji sprawowania władzy. Jeśli mówimy o nowej jakości, o wysokich standardach to nie możemy równocześnie odwracać się plecami do oburzonego społeczeństwa i iść w zaparte wmawiając wszystkim, że są w błędzie. Premier Kaczyński powinien powołać się na dobro państwa, na potrzebę zbudowania nowej stabilnej większości do czego zmusił PiS Andrzej Lepper swoim nieodpowiedzialnym zachowaniem. Równocześnie powinien absolutnie się odciąć od działań podjętych przez jego dwóch działaczy. Powinien zadeklarować, że nie był informowany (i miejmy nadzieję, że nie był) na bieżąco o sposobie prowadzenia rozmów. Słowa określające zachowanie obu posłów jako „zbyt daleko idące”, albo może, że się „zagalopowali i zaczęli balansować na cienkiej linii pomiędzy grą polityczną a korupcją” mogłyby przywrócić autorytet tej formacji politycznej i rządowi. W mojej ocenie mogłoby to nawet w pewien sposób wzmocnić notowania i pozycję Premiera jako człowieka, który udowodnił, że jest uczciwym i dojrzałym politykiem. Odsunięcie od najwyższych stanowisk w kraju, oraz kara dyscyplinarna dla obu Panów też byłaby karą jak najbardziej na miejscu. Polityka też może być sceną na której dojrzałe zachowanie odpowiedzialnego człowieka będzie w taki sam sposób oceniane jak na każdym etapie naszego życia.
Scenariusz jaki wybrał Pan Premier skazał PiS na piętno „takiego samego bagna, albo nawet gorszego niż SLD Millera”. Ta melodia długo jeszcze będzie grana przez partie opozycyjne.

   Przy okazji tej afery zawrotną karierę robi sformułowanie „korupcja polityczna”, która w zamiarze używających tego zwrotu ma oznaczać nie jakąś zwykłą korupcję łatwo definiowalną i przez to rozpoznawalną, ale coś specjalnego, coś do tej pory niespotykanego i wymagającego oddzielnej nazwy. Wydaje mi się, że jest to zdecydowanie nieprawidłowy tok myślenia opierający się na błędnym założeniu.

   Otóż korupcja w środowisku politycznym jest może czymś specyficznym w wielu aspektach, ale równocześnie nie wiele się różni co do meritum sprawy od zwykłej korupcji pleniącej się wśród np. urzędników państwowych. Jeden poseł drugiemu posłowi oferuje coś „poza systemem” w zamian za coś co jest mu potrzebne. Może to być głos posła w danym głosowaniu, może to być długofalowa współpraca w zakresie popierania np. rządu, może to też być zmiana barw klubowych i przez to wzmocnienie jednego z graczy politycznych. Nie widzę absolutnie żadnej różnicy pomiędzy powyżej przedstawionym zdarzeniem, a zwykłym wręczeniem koperty urzędnikowi wydającemu na coś koncesję, albo oferującemu umorzenie jakiejś wierzytelności. Argumentowanie, że jest to normalna część gry politycznej tylko, że w skali mikro, bowiem wiadomo powszechnie, że ugrupowania polityczne w zamian za podział władzy decydują się np. utworzyć koalicję. Można by było się nad tym nawet zastanowić gdyby nie jeden problem. Otóż partie polityczne wprowadzają swoich przedstawicieli do parlamentu zgodnie z życzeniem wyborców wyrażonym poprzez głosowanie. Wyborcy dokonują pewnego wyboru i w ramach tego wyboru ugrupowania mają mandat do tego, aby się między sobą układać realizując obietnice wyborcze. Tymczasem ta sytuacja o której mówimy dotyczy opuszczenia jednego organizmu partyjnego na rzecz innego organizmu partyjnego. Nie ma to zbyt wiele wspólnego z wolą wyborców, którzy przecież jasno określili swoje preferencje. W ten właśnie sposób niszczymy demokrację, ponieważ okazuje się, że pewnego rodzaju niepodważalna zasada została podważona. Teraz każdy wyborca może się zastanawiać jaki jest sens jego udziału w głosowaniu, skoro jest szansa, że jego reprezentanci w trakcie kadencji sejmu zmienią nagle barwy klubowe. W mojej ocenie problem ten na razie jeszcze nie został należycie podniesiony i jest albo niedostrzegany, albo bagatelizowany, tymczasem mamy do czynienia z pewnego rodzaju rewolucją w demokratycznym systemie sprawowania władzy w Polsce. Do tej pory tego typu sytuacje były jednostkowe i mało zauważalne. Obecnie większość wyborców jest całkowicie świadoma takich praktyk i na pewno ziarenko zwątpienia już zaczyna kiełkować. 

Marcin Rafałowicz