Polska blokuje eurokonstytucję
W ubiegłą sobotę kanclerz Niemiec zakończyła swoją dwudniową wizytę w Polsce. Druga wizyta Angeli Merkel w naszym kraju przyciągała tym większą uwagę, iż jej wyniki rzutować będą nie tylko na stosunki dwustronne, ale i na sprawy europejskie. W czasie swojej prezydencji w Unii Europejskiej, która potrwa do końca czerwca, priorytetowym celem niemieckiego rządu jest wskrzeszenie procesu akcesyjnego eurokonstytucji. Polska zajmuje w tej kwestii jedno z najbardziej sceptycznych stanowisk. Niezwykle niepokojącym jest fakt, że różnice zdań pomiędzy naszymi państwami pojawiają się również w kwestii przyszłości Europy. Dla wielu to właśnie integracja europejska miała być szansą na polsko-niemieckie pojednanie i owocną współpracę.
Oczekiwania w stosunku do niemieckiej prezydencji były w Europie spore. Tradycyjnie pragmatyczni Niemcy starali się studzić te nastroje, a minister spraw zagranicznych Frank Walter Steinmeier mówił na początku roku, że niemiecka dyplomacja nie może dokonać rzeczy niemożliwych. W sprawie Traktatu ustanawiającego Konstytucję dla Europy przyjęto więc realne cele. Pod niemieckim przewodnictwem ma się dokonać przełom, jednak zakończenie procesu ratyfikacyjnego miałoby nastąpić dopiero w 2009 roku, przed wyborami do Parlamentu Europejskiego.
Kompromis, jakiego wymagało przyjęcie traktatu, osiągnięto z wielkim trudem. TUK został podpisany 29 października 2004 roku w Rzymie przez wszystkie państwa członkowskie. Został już ratyfikowany przez 18 z nich, także przez Bułgarię i Rumunię. Największe zastrzeżenia mają do projektu traktatu: Wielka Brytania, Czechy i Polska. Problemy z eurokonstytucją ujawniają kryzys procesu integracyjnego. Oczywiście spraw spornych jest więcej, a traktat konstytucyjny, z uwagi na jego wymiar ideologiczny, przyciąga po prostu najwięcej uwagi komentatorów. Przyczyn kłopotów, z jakimi aktualnie boryka się Unia należy upatrywać w etapie jej rozwoju. Z pragnienia utrzymania pokoju w Europie, które przez kolejne dziesięciolecia wzmacniane było nasilającym się procesem globalizacji, powstała Unia Europejska w dzisiejszym kształcie. Zakres integracji na płaszczyźnie gospodarczej, po wprowadzeniu unii walutowej, osiągnął w zasadzie szczyt swoich możliwości. Państwom członkowskim pozostał więc powrót do wcześniejszych prób zacieśnienia współpracy politycznej i w dziedzinie obrony. Te tendencje odnajdujemy w TUK, gdzie wzmocnieniu ulega współpraca w obszarze Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa. Pojawia się również funkcja Ministra Spraw Zagranicznych Unii Europejskiej o szerokich kompetencjach (będącego jednocześnie jednym z wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej i biorącym udział w pracach Rady Europejskiej). Zmianom ulega formuła decyzyjna w pracach Rady Unii Europejskiej, gdzie rozszerza się zakres głosowania kwalifikowaną większością, co ogranicza swobodę rządów narodowych. Co prawda Unia nadal pozostaje organizacją, która jedynie uzupełnia zadania rządów krajowych (zasada pomocniczości i proporcjonalności), wspierając je w sprawach, gdzie działanie grupowe może przynieść lepsze efekty. Da się jednak zauważyć wzrost kompetencji Unii, co państwa narodowe odbierają jako zamach na ich suwerenność. Przeciwnicy mówią, że to niedopuszczalne i udowadniają, że integracja nie ma szans na rozwój w obszarach tradycyjnie narodowych interesów. Z kolei zwolennicy dalszego wzmacniania Unii argumentują to sukcesem dotychczasowej współpracy. Kilkadziesiąt lat temu nie do pomyślenia było tak daleko idące ujednolicenie interesów ekonomicznych poszczególnych państw. Kto śmiał przypuszczać, że waluta – niezaprzeczalny symbol narodowej suwerenności – stanie się wspólnym środkiem płatniczym. Jednym słowem: skoro udało się w gospodarce, może udać się i na innych płaszczyznach.
Oczywiście, jak to zwykle bywa, prawda leży po środku tego sporu. Mają rację ci, którzy chcą proces integracji rozszerzać, ponieważ jedno nie ulega wątpliwości: zatrzymanie tego procesu oznacza regres. Na to Europa nie może sobie pozwolić, ponieważ ekonomicznie i cywilizacyjnie zagrażają jej inne światowe potęgi. Swoje racje mają też sceptycy mówiąc, że gospodarka to jedno, ale już obrona, czy polityka zagraniczna to zupełnie inny wymiar. Tożsamość narodowa nie ugnie się łatwo unijnym przepisom.
Polska po wstąpieniu do Unii znalazła się w samym środku tego sporu. Można odnieść wrażenie, że skoncentrowani na samym wstąpieniu do europejskiej rodziny nie zauważyliśmy jej własnych problemów, a te objawiały się już wyraźne w czasie prac konwentu europejskiego. Niemiecki rząd pod przewodnictwem Angeli Merkel stara się zewrzeć szeregi rozszerzonej do granic możliwości Unii i nakreślić dalsze cele. Jeśli polski rząd mówi dziś, że zmiany w porządku instytucjonalnym są niepotrzebne, daje świadectwo braku perspektywicznego myślenia. Nie chodzi przecież tylko o regułę przeliczania głosów i nieszczęsną formułę tzw. „podwójnej większości” w głosowaniach Rady. Rzecz idzie o przyszłość całego procesu integracyjnego, który dziś obejmuje swym zasięgiem prawie cały stary kontynent. Cała sprawa z polskim „nie” dla traktatu jest niejasna dla społeczeństwa, które w 63 % opowiada się za ratyfikacją traktatu. Jakiż to imperatyw nakazuje kolejnemu polskiemu rządowi koncentrować się na takim liczeniu głosów, by tylko możliwym uczynić zablokowanie decyzji największych państw. Zgoda – strategia negocjacji jest ważna, trzeba mieć swoje zdanie, żeby inni się z nami liczyli, ale dlaczego ono musi oznaczać zawsze osłabianie integracji. Przecież obrona zapisów nicejskich jest argumentowana tym, że nowy traktat zmniejsza nasze szanse na skuteczne zablokowanie pomysłów zacieśnionej współpracy. Może zamiast myśleć o blokowaniu, choć raz odważyć się na perspektywiczne myślenie. Zamiast straszyć perspektywą „Europy różnych prędkości”, wyeliminować zagrożenia mogące wynikać z tego rozwiązania, poprzez dołączenie do prymusów integracji. Nierealne? Polska nie może się równać z Niemcami, czy Francją? Paradoksalnie jednak na każdym kroku podkreślamy wśród europejskich partnerów, że Polsce należy się poczesne miejsce w europejskiej rodzinie. To oczywiście słuszna postawa. Zapracujmy więc sobie politycznie na to miano i wtedy wykorzystajmy wszystkie profity, jakie ta sytuacja stworzy.
W kampanii społecznej przed referendum akcesyjnym trafiał do społeczeństwa argument – wchodzimy, bo bez obecności nie mamy prawa głosu i ktoś inny będzie decydował o sprawach, które wcześniej czy później i tak będą nas dotyczyć. Dlaczego zapomnieliśmy o tym będąc już pełnoprawnym członkiem i mając spore pole działania? Przecież politolodzy mówią wprost – jeśli zwolennicy zacieśnienia współpracy będą zdeterminowani, na pewno znajdą sposób na realizację tych planów. Taktyka sprowadzająca się do stawiania przeszkód jest nieskuteczna, a ponadto nie leży w Polskim interesie. Dodatkowo przykleiła się do nas etykietka europejskiego marudera, o czym często przypomina niemiecka prasa, ale i inne zachodnioeuropejskie media. Nie będzie łatwo to zmienić, ale pomocnym może się okazać spektakularny zwrot. Najlepiej będziemy kontrolować to co dzieje się w Unii i u naszych sąsiadów trzymając się ich blisko. W tym kontekście godną uwagi jest propozycja Nicolasa Sarkozy’ego, który – jak deklaruje – widziałby Polskę w gronie sześciu, ściśle ze sobą współpracujących państw Unii. Tyle tylko, że ta droga wymagać będzie większych dyplomatycznych umiejętności niż te, które do tej pory prezentowała większość Polskich rządów.
Dobrze się stało, że Polska podpisze Deklarację Berlińską, jak zapowiedział prezydent Kaczyński. Pozytywnie należy też ocenić bardziej kompromisowe stanowisko względem TUK. Polska przyjmie tekst obecnego projektu traktatu jako podstawę dalszych prac. Szefowej niemieckiego rządu udało się nawet nakłonić polskie władze do bardziej koncyliacyjnej postawy względem amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Są to pragmatyczne decyzje, w których prześwituje sposób myślenia przedstawiony w niniejszym artykule. Można je też potraktować jako sukces Merkel, która dopięła swego. Jedna rzecz wymaga w tym miejscu wyjaśnienia. Nie ma wątpliwości, że Niemcy poprzez swoje działania w Unii, realizują również swoje własne interesy. To zupełnie normalne, każdy kraj ma do tego prawo. Unia jest areną realizacji narodowych interesów drogą pokojowej kooperacji. Trzeba pamiętać, że niemiecki model polityki zagranicznej opiera się na odgrywaniu roli tzw. „uczciwego maklera” w Europie. Jest to strategia polityczna, na podstawie której niemieckie interesy narodowe realizowane są bez obaw o międzynarodową krytykę. Dla Polski korzystnym byłoby zbliżenie z Niemcami. Pod względem obiektywnych czynników Niemcy pozostaną, czy się to komuś podoba, czy też nie, najsilniejszym państwem Unii. Należy wykorzystać ich strategię dla osiągnięcia własnych celów. Taka współpraca nabrałaby z pewnością europejskiego charakteru, co podniosłoby prestiż Polski.
Niemcy zachęcają Polskę do odważniejszej polityki europejskiej. Jeśli z postawy blokującej przeszlibyśmy do obozu promotorów integracji, moglibyśmy liczyć na niemieckie wsparcie. Nie można zarzucić Merkel, że nie bierze pod uwagę polskich interesów, obiekcji i kompleksów. Świadczy o tym charakter jej wizyty w Polsce i pieczołowite do niej przygotowania. Niemieckie media wyraźnie zmieniły retorykę w odniesieniu do polskich elit rządzących, choć te ostatnio „nie próżnowały”. Wystarczyły siły jednej rozpolitykowanej rodziny, by wywołać dwa europejskie skandale. Kiedy pracowano nad polsko-niemieckim zbliżeniem, tradycyjnie głos zabrała Erika Steinbach. Tym razem jednak polskie władze zareagowały spokojnie i to zostało docenione przez niemieckiego partnera. Merkel chwali też Polskę za poparcie decyzji brukselskiego szczytu UE. Dodatkowo wypowiada się przeciwko „Europie dwóch prędkości” i jest skłonna zacieśnić partnerstwo energetyczne, na czym Polsce bardzo zależy. Z drugiej strony niemiecki rząd nie kryje planów, jakie ma w odniesieniu do Polski. Chodzi o nawiązanie bliskich kontaktów, również personalnych, aby móc rozmiękczać, często sceptyczne, polskie stanowisko w sprawach europejskich. Choć brzmi to raczej zniechęcająco, paradoksalnie może być to szansa na znalezienie się w klubie najważniejszych państw Unii. Trzeba tylko umiejętnie skorzystać z nadarzającej się okazji.
Niemieckie media po wizycie kanclerz Angeli Merkel ogłosiły przełom w stosunkach polsko-niemieckich. Polskie były dużo bardziej powściągliwe i to chyba trafniejsza ocena. Merkel dała jednak wyraźny sygnał, że jeśli Polska zgodzi się na kompromis w sprawie eurokonstytucji, może liczyć ze strony niemieckiej na poparcie swoich interesów. Przykładem jest zapowiedź zmian traktatowych odnośnie polityki energetycznej. W podobny sposób należy oceniać kompromis w sprawach ideologicznych. W Deklaracji Berlińskiej nie będzie odwołania do Boga, ale znajdzie się podkreślenie wkładu Europy Środkowo-Wschodniej w obalenie komunizmu. Nie jest to propozycja w pełni Polaków satysfakcjonująca, ale świadczy o większej empatii ekipy pani Merkel w stosunku do polskiej wrażliwości niż ta, którą prezentował poprzedni rząd. W czasie niemieckiej prezydencji w Unii Europejskiej istnieje doskonała szansa na poprawę polsko-niemieckich stosunków. Taka koniunktura polityczna może się szybko nie powtórzyć. Pytanie tylko, czy Warszawę stać dziś na zajęcie miejsca w pierwszym szeregu stolic Europy?
Mariusz Jankowski
