Kto kreuje Polską scenę polityczną?

Akcja użytkowników telefonów komórkowych „Nadchodzą wybory. Uratuj kraj. Schowaj babci dowód!” powinna pobudzać do refleksji nad kondycją społeczeństwa obywatelskiego i powszechnym brakiem zrozumienia podstawowych mechanizmów demokracji. Oczywiście ten spontaniczny żart przesyłany sms’ami nie może być traktowany zupełnie serio, ale nieodpowiedzialnością byłoby całkowite bagatelizowanie zjawiska.
  Spróbujmy więc odpowiedzieć na pytanie, kto właściwie najbardziej przyczynił się do przekazania władzy w ręce środowisk silnie powiązanych z pewną konserwatywną, acz specyficzną wizją rzeczywistości.
Wyborca Prawa i Sprawiedliwości został już wielokrotnie zidentyfikowany. W skrócie można go określić jako mieszkańca średniego, bądź małego miasta, posiadającego światopogląd silnie konserwatywny oparty na doktrynie kościoła katolickiego. Spora część tego elektoratu to radykałowie spod znaku Radia Maryja, czy też Rodziny Radia Maryja. Zdecydowanie jest to wyborca w przeważającej części rekrutujący się z warstw społecznych o niższych dochodach, co stanowi podwaliny dla światopoglądu nacechowanego rozczarowaniem dla przemian wolnorynkowych w Polsce, podejrzliwością dla lepiej sytuowanych współobywateli i próbą usprawiedliwiania własnej sytuacji niesprawiedliwością systemową.
To właśnie ten wyborca chętnie słucha o układzie, oligarchach, „złodziejskiej prywatyzacji” i innych elementach składających się na wizję rzeczywistości, którą można określić jako „teorię układu”. Jak każda tego typu teoria ma zapewne w sobie jakąś cząstkę prawdy. Problem w tym, że przez swoich wyznawców jest traktowana dosłownie i akceptowana całościowo, oraz absolutnie bezrefleksyjnie. Dostarcza bowiem łatwych odpowiedzi na trudne pytania, a także wskazuje bardzo jasno co należy zrobić, aby odmienić w cudowny sposób los „przeciętnego obywatela”.

   Mogłoby się wydawać, że zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w 2005 roku to jakaś niebywała ofensywa środowisk konserwatywnych. Tymczasem o zwycięstwie tej partii zdecydowało raptem 10% uprawnionych do głosowania, bowiem PiS uzyskał ok. 3 mln głosów spośród 30 mln wyborców. Frekwencja wynosiła ok. 40%, czyli do urn udało się raptem 12mln głosujących. Pozostałe 18 mln obywateli mających prawa wyborcze zdecydowało odebrać sobie głos i pozostać w domach. Wielu spośród tych, którzy z różnych przyczyn krytykowało następnie rządy koalicji PiS-LPR-Samoobrona byli właśnie tymi, którzy nie wrzucili swojego głosu do urny wyborczej.

  Środowiska konserwatywne wydają się bardziej zdyscyplinowane. Niekoniecznie musi to wynikać z ich poczucia patriotycznego obowiązku, a może być po prostu skutkiem pewnego rytuału i presji otoczenia. Są to osoby przeważnie praktykujące, a więc uczęszczające w niedzielę na mszę swiętą do pobliskiego Kościoła. W tej sytuacji nie stoi już właściwie nic na przeszkodzie, aby po wyjściu z kościoła udać się w tej odświętnej atmosferze do lokalu wyborczego i oddać głos na wybraną partię będąc jeszcze pod wpływem dopiero co odprawionej mszy, gdzie nierzadko się zdarza zachęta ze strony księdza popychającego swoje owieczki do spełnienia obywatelskiego obowiązku. Na pewno pewną rolę odgrywa tutaj presja społeczna w postaci bacznego oka aktywistek miejscowych organizacji przykościelnych, których uwadze nie umknie ani kto się na mszy nie pojawił, ani też kto opuścił głosowanie. To są stosunkowo nieduże społeczności, a więc rządzą nimi prawa całkowicie odmienne od anonimowych wielomilionowych aglomeracji miejskich. Wniosek wydaje się nasuwać samemu. To nie liczebnością środowiska konserwatywne przejęły kontrolę nad Państwem, a jedynie obywatelską odpowiedzialnością. Spełnienie obowiązku obywatelskiego przez każdego obywatela jest czynem godnym pochwały. Nikt nie ma prawa odmówić komukolwiek z uprawnionych przysługującego mu prawa.

  Z tego punktu widzenia akcja „schowaj babci dowód” o której wspomniałem na początku jest kompletnym zaprzeczeniem demokracji obywatelskiej, oraz absolutnym brakiem zrozumienia prawdziwych przyczyn takiego a nie innego rozwoju polskiej sceny politycznej. Jest to wyraz bardzo uproszczonego sposobu postrzegania zjawiska. Autor tego sms’a nie dostrzegł 60% absencji wyborczej, a jedynie 10% wyborców, którzy tradycyjnie do wyborów chodzą, zawsze chodzili i będą chodzić, ponieważ wybory są wpisane w ich rytm życia. Dość niepokojącym zjawiskiem jest takie społeczne poczucie potrzeby pełnej mobilizacji przeciwko elektoratowi „moherowych beretów”, a tymczasem stanowią one zaledwie 1/10 wyborców. Świadczy to wyraźnie o kondycji demokracji w Polsce. Sądząc po sondażach wyborczych środowiska konserwatywno-liberalne, oraz konserwatywno-katolickie mają mniej więcej podobną ilość aktywnych wyborców. Jeśli frekwencja wyborcza ponownie będzie oscylowała w granicach 40-50% to Platforma Obywatelska podobnie jak Prawo i Sprawiedliwość będą mogły liczyć na 10-15% poparcia społecznego w skali całego społeczeństwa. Bez względu na późniejsze przygody koalicyjne ponownie o przyszłości politycznej kraju zadecyduje maksymalnie ok. 30% wyborców przez których wytypowane ugrupowania utworzą sojusz rządowy.

  Przez wiele lat utrwalał się pogląd, że nie uczestniczenie w wyborach jest formą protestu, a ludzie którzy ją uprawiają bez wyrzutów sumienia mogą się spokojnie nazywać patriotami. Pojawiały się takie argumenty jak: brak zrozumienia dla wydarzeń politycznych, brak ugrupowań partyjnych reprezentujących „moje” poglądy, brak wiary w elity polityczne, stwierdzenie o zblatowaniu środowisk politycznych bez względu na przynależność partyjną i przez to symulowanie konfliktów politycznych bez rozwiązywania realnych problemów. Zapewne można wymieniać więcej powodów dla których 60% społeczeństwa nie postrzega czynności głosowania jako wyrazu odpowiedzialności za kraj, czyli czegoś co bezwzględnie wiąże się z terminem „patriotyzm”.
Wydaje się, że to właśnie z tym zjawiskiem należy walczyć z całą stanowczością na jaką stać organizacje pozarządowe i osoby prywatne. O roli państwa w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego nie będę wspominał. W chwili obecnej dla Prawa i Sprawiedliwości najbardziej korzystna jest jak najmniejsza frekwencja wyborcza, więc w sposób oczywisty zaangażowanie rządu w akcje zachęcające całe społeczeństwo do głosowania jest znikome.

  Znieczulica polityczna jest zagrożeniem nie tylko dla społeczeństwa, ale także dla samego państwa. Rządy mniejszości mają ogromny potencjał niszczenia narodu jako całości. Jeżeli bowiem mniejszość ta charakteryzuje się określonym światopoglądem to sprawując władzę będzie się starała realizować swoją koncepcję rzeczywistości. Jest to naturalna konsekwencja wygranego sporu politycznego. Wydaje się całkowicie racjonalnym wskazanie na fakt, że skoro mamy do czynienia z jasno zdefiniowaną  mniejszością  społeczną to jej interesy są w mniejszym lub większym stopniu sprzeczne z interesami większości. Prowadzi to do naruszenia podstawy więzi społecznej. Dochodzi do podziału, gdzie bezsilna większość doznaje różnego rodzaju frustracji nie rozumiejąc jak to się dzieje, że przeważająca część społeczeństwa nie zgadza się z działaniami rządu, parlamentu, a mimo wszystko ten rząd i parlament są legalne i realizują konkretny program.

  Tutaj dochodzimy do kwestii zagrożenia Państwa. Tylko wyważona i społecznie akceptowalna polityka zewnętrzna i wewnętrzna pozwala zachować jego stabilność. Gwałtowne zmiany kursu, oraz często nieodpowiedzialne zachowania polityków wywodzących się z nisz społecznych mogą narazić na szwank nie tylko dobre imię kraju. Może wydawać się to przedwczesnym biciem na alarm, ale mimo wszystko politolog powinien patrzeć trochę dalej. Obecne wydarzenia w Polsce dają ku temu doskonały materiał poglądowy. Środowiska konserwatywne okazały się niezwykle ubogie w specjalistów od różnych dziedzin funkcjonowania państwa. Szczególną porażkę komentatorzy widzą w zakresie polityki zagranicznej, czyli tego elementu, który łączy politykę krajową z całym otaczającym nas światem. Prawo i Sprawiedliwość wywodząc się z bardzo specyficznej mniejszości społecznej realizuje program, którego korzenie tkwią w sposobie myślenia sprzed 100-200 lat. Państwo jako obszar terytorialny zamieszkiwany przez zwarte kulturowo i językowo społeczeństwo rywalizujące z wrogim otoczeniem, czyli innymi Państwami. Wrogość, nieufność, pragnienie wyniesienia własnej pozycji przed innych, rywalizacja z nutką zaciętości, a może nawet nienawiści. Postawa kompletnie niewspółmierna do aktualnych czasów, które jak nigdy wcześniej stawiają na współpracę i kompromis. Tak nieadekwatna polityka do wymagań współczesnego świata jest działaniem na szkodę Państwa. Nie musi to być od razu szkoda z obszarów najgorszych wizji jakie są częścią naszej historii, ale może to być marginalizacja, utrata znaczenia na arenie międzynarodowej, usunięcie z Unii Europejskiej, bądź wyrzucenie poza nawias decyzyjny, a co za tym idzie odpływ kapitału zagranicznego, zmniejszenie strumienia funduszy unijnych, a w konsekwencji gorsza kondycja gospodarki napędzająca emigrację ekonomiczną, co w ostateczności powoduje spadek liczby ludności i dalszą utratę znaczenia w ramach wspólnoty.

   Może warto mieć świadomość, że kartka wyborcza to nasz wybór przyszłości, a nie teraźniejszości. Decyzje każdego parlamentu, każdego rządu są w swoich skutkach widziane dopiero z dalszej perspektywy. Wydaje się, że bez względu na to którą wizję przyszłości wybierzemy warto być uczestnikiem procedury podejmującej decyzję w tej sprawie, czyli głosowania. Czy poświecenie kilku minut przy urnie wyborczej raz na parę lat jest naprawdę wysiłkiem przekraczającym możliwości kilkunastu milionów Polaków?

 

Marcin Rafałowicz