"Komu bije dzwon" - wystawa fundacji "Centrum przeciwko Wypędzeniom" a stosunki polsko-niemieckie

Kto choć raz przechadzał się w Berlinie po centralnym bulwarze „Unter den Linden”, ma świadomość uroku tego miejsca, gdzie wszędzie daje się wyczuć ślady niemieckiej historii. Po lewej stronie , o dziwo do dziś nie zburzony, ponik Marksa i Engelsa. Z kolei po prawej okazały budynek Uniwersytetu Humboldta. Dalej pomnik Fryderyka Wilhelma II, twórcy potęgi Prus i wyeksponowane miejsce spalenia przez nazistów książek biblioteki uniwersyteckiej, które nie pasowały do ideologii totalitarnego państwa. W końcu dochodzi się tą szeroką ulicą do Bramy Brandenburskiej, kultowego miejsca dla stolicy i całych Niemiec.

   Właśnie przy „Unter den Linden” w pałacu następców tronu królów pruskich – Kronprinzenpalais 10 sierpnia br. fundacja „Centrum przeciw Wypędzeniom” Eriki Steinbach otworzyła wystawę „Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie w XX wieku". Sprawa kierowanego przez Panią Steinbach Związku Wypędzonych (Der Bund der Vertriebenen) jest dobrze znana polskiej opinii publicznej. O popularyzację poglądów Pani Steinbach pośród niemieckiego społeczeństwa , które powiedzmy to otwarcie nie są dla Polski korzystne, dbają przede wszystkim polskie władze. Choć inicjatywy BdV co jakiś czas wywoływały oczywiste komentarze, to trzeba zauważyć, że okres przewodniczenia związkowi przez Panią Steinbach (od 1998) charakteryzuje się szczególnym wzrostem aktywności tej organizacji na kanwie stosunków polsko-niemieckich. Idea i rodowód organizacji są dobrze znane więc pomijając ten aspekt zwróćmy uwagę na kontekst jej działalności w ostatnim czasie. Widać wyraźnie, że wejście Polski do Unii Europejskiej, a następnie zmiany rządów w obu państwach, dały wiele okazji do promocji polityki Związku Wypędzonych. Cel nadrzędny Eriki Steinbach, jakim jest wybudowanie w Berlinie „Centrum przeciwko Wypędzeniom” doznał uszczerbku jedynie wtedy, gdy prezydenci Kwaśniewski i Rau jesienią 2003 r. podpisali wspólną deklarację pojednania i zrozumienia dla kwestii wypędzeń w Europie. Dokument ten stał się podstawą dla stworzenia Europejskiej Sieci Pamięć i Solidarność. Przez jakiś czas wydawało się, że często bagatelizowana Steinbach, nie dopnie swego. Jednakże wykorzystanie polityki antyniemieckiej w kampanii wyborczej PiS-u sprowadziło sprawy na inne tory. Nie stałoby się jeszcze nic złego, gdyby planowane nowe otwarcie w stosunkach polsko-niemieckich po zmianie rządu również w Berlinie powiodło się. Tak się jednak nie stało, choć zabiegi nowej pani kanclerz - Angeli Merkel były wyraźnie Polsce przychylne. Można chyba zaryzykować stwierdzenie, że błędem polskiej dyplomacji jest niewykorzystanie relatywnej postawy nowego niemieckiego rządu dla ambicji Eriki Steinbach. Na dzień dzisiejszy niemiecki minister kultury Bernd Neumann mówi otwarcie, że wystawa, skrytykowana przez polskie władze i oficjalnie przez polski MSZ (Oświadczenie Ministerstwa Spraw Zagranicznych w związku z wystawą "Wymuszone drogi. Ucieczka i wypędzenie w Europie XX wieku" z dnia 11 sierpnia 2006 r.), zostanie włączona do europejskiej sieci miejsc upamiętniających wypędzenia obok wystawy bońskiego Muzeum Historii RFN: „Ucieczka, wypędzenie, integracja”. Ta ostatnia została bardzo dobrze oceniona również przez stronę polską. Jeszcze parę miesięcy wcześniej ten sam, nowo mianowany naówczas minister, po konsultacjach w łonie „wielkiej koalicji” był mniej odważny w swoich deklaracjach, mówiąc o tej sprawie w wywiadzie dla tygodnika „Der Spiegel” : „[…] to oczywiste, że coś zrobimy. Nie jest jednak przesądzone co”. Teraz jest już przesądzone i nie za bardzo można mieć do rządu federalnego o to pretensje, ponieważ w czasie kiedy polskie władze szukały każdej okazji, aby obrazić się na Niemców, Erika Steinbach przygotowała wystawę za pół miliona euro i postarała się o uznanie dla niej ważnych osobistości państwowych. Norbert Lammert - przewodniczący niemieckiego Bundestagu otwierał wystawę i otwarcie opowiedział się za włączeniem jej do projektu, który umowa koalicyjna partii rządzących nazwała „widocznym znakiem” upamiętniającym w Berlinie los 12 milionów niemieckich obywateli, wypędzonych po wojnie ze swych stron rodzinnych. Sama Steinbach na konferencji prasowej nie ukrywała satysfakcji z osiągniętego celu. Mówiła otwarcie, że jest to wielki krok do otwarcia Centrum przeciwko Wypędzeniom właśnie w Berlinie i to w konsultacji z jej organizacją, która cieszy się poparciem pani kanclerz. Steinbach wyraziła też przekonanie, że powinno to nastąpić do końca kadencji, czyli 2009 roku. Pani Merkel w ostatnich dniach zabrała głos w sprawie eksponatów wystawy, broniąc inicjatywy Steinbach.
Otwarcie opozycyjna do polityki BdV jest koalicyjna SPD. Deputowany niemieckiej SPD Markus Meckel powiedział PAP, że niemieckie ziomkostwa nie będą wiarygodnym partnerem do rozmów dla Polski i Czech, dopóki nie rozliczą się z własną przeszłością. "Trzeba pamiętać, że BdV przez długi czas nie uznawał polskiej granicy zachodniej i był przeciwny przyjęciu Polski i Czech do UE" - powiedział socjaldemokrata. Jego zdaniem wystawa jest bez zarzutu, chociaż można się zastanawiać, czy można "wrzucać do jednego worka ludobójstwo Ormian z wypędzeniem Niemców, które z pewnością nie było ludobójstwem". SPD będzie "patrzyło na ręce" koalicyjnej CDU, by nie dopuścić do powstania Centrum przeciwko Wypędzeniom - zapewnił Meckel.

      W kontekście sukcesów Steinbach trzeba się zgodzić z opinią Władysława Bartoszewskiego, który komentuje te wydarzenia dosadnie. Steinbach po prostu wykorzystuje naszą bierność. Zainteresowanie, jakie towarzyszyło otwarciu wystawy, to też punkty zapisane na konto BdV.
      Najważniejsze niemieckie gazety są raczej wyważone w swych opiniach, ale prawie wszystkie podkreślają pogarszające się za jej sprawą, i tak już znajdujące się w nienajlepszej kondycji, stosunki polsko-niemieckie. Pisze o tym wyraźnie „Die Welt”: "Wystawa w Berlinie ma jedną wadę, której nie może się pozbyć - odosobnioną błędną ideę powstania Centrum i nonszalancję ze strony Berlina" – czytamy. Z kolei „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ocenia wystawę jako w miarę rzetelną. Wyrażona jest też potrzeba powstania Centrum właśnie w Berlinie na poczesnym miejscu. Historia, która odmawia całym grupom ofiar prawa do pamięci i chce zagrodzić im dostęp do publicznej sceny, jest w otwartym społeczeństwie ułomna – pisze też Karl-Peter Schwarz, autor artykułu. Nie można jednak porównać tragedii wypędzonych, która jest bezsporna, do tragedii holocaustu i wszystkich ofiar hitlerowskiej ekspansji. Trzeba pamiętać, że tę wojnę nie rozpętały tylko anonimowe szeregi nazistowskiej partii, ale popierali ją zwykli obywatele, a może nawet ze szczególną gorliwością mieszkańcy wschodnich rubieży III Rzeszy, o czym pisze w wydanym niedawno szkicu „Kim chcą być Niemcy” Stefan Bratkowski.

      Dla tych, którzy nie mogą pojechać do Berlina, szczegółowy opis wystawy prezentuje „Tygodnik Powszechny”, bo przecież nie do końca poprawnie jest dyskutować o treści skoro się jej nie poznało. Wystawa w założeniu ma pokazać tragedię Niemców w europejskim kontekście i między tragediami wypędzeń innych narodów. "To nie jest nieprawda, ale to za mało" - pisze w "Berliner Zeitung" Stephan Speicher. I tu właśnie zasadza się filozofia wystawy, jak i całej działalności pani Steinbach. Nie można jej zarzucić jawnego przekłamania historii, bo wypędzenia były faktem. Dla BdV celem jest pokazanie również cierpienia Niemców. Czy jest to sposób na relatywizowanie niemieckiej winy? Większość z polskich komentatorów właśnie tak to widzi i mają solidne podstawy żeby tak myśleć, bo cóż w takim razie byłoby celem działalności związku i popierających ją osób, skoro Steinbach odcina się od sprawy roszczeń w stosunku do państwa polskiego zgłaszanych przez tzw. Powiernictwo Pruskie. Jeśli nie ma sprawy, to o cóż ten cały wielki szum. Szkoda, że w naszym kraju decydenci, którzy mogliby ten niekorzystny dla polskich interesów proceder ukrócić, dają się nabrać na ten prosty chwyt. Po raz kolejny okazuje się, że społeczeństwa są bardziej wyważone w ocenach od swoich rządów i niektórych liderów. Sympatia dla Niemców jeszcze nigdy nie była w naszej powojennej historii tak wysoka (szacuje się ją na 44%). Polskie społeczeństwo jest wrażliwe na kwestie historyczne, ale wie też doskonale na czym polega retoryka polityczna. Jednak nawet pozytywne nastawienie społeczeństwa w końcu może ulec zmianie, kiedy nie będzie rzetelnej informacji o tym, co myślą na temat swej historii sami Niemcy, co powinno być zadaniem obu rządów. Przewodniczący Bundestagu Norbert Lammert (CDU) powiedział, podczas otwarcia wystawy, że Europejczycy, w tym także Polacy i Niemcy, muszą po przezwyciężeniu podziału Europy zabiegać "w interesie wspólnej przyszłości o wspólne zrozumienie przeszłości". Problem w tym, że niemieckie elity nie potrafią się zdobyć na wspólne dyskusję o przeszłości. Owszem, dokonało się pojednanie. O niemieckiej winie i problemach z tożsamością narodu obarczonego winą powiedziano po wojnie bardzo dużo. Nie ma jednak determinacji, żeby o tej bolesnej historii porozmawiać wspólnie, szczególnie z narodami Wschodniej Europy. Mało się o nas wie w Niemczech i nadal ogół społeczeństwa traktuje nas jako peryferia Europy. To nie może budzić zaufania, szczególnie polskich elit. W Niemczech niewątpliwie rozgrywa się nowy etap w sprawie tożsamości narodowej. 68 % Niemców nie słyszało nawet o inicjatywie Steinbach (80% ludzi młodych). Pewnie większość z 20%, które słyszało, ale nie orientuje się o co chodzi, poznało temat tylko za sprawą szumu medialnego, do którego przyczyniła się przede wszystkim strona polska. Jedna czwarta badanych (25 proc.) uważa, że do poprawy stosunków między Polską a Niemcami przyczyniłoby się "symboliczne uznanie przez Polskę krzywd Niemców zaznanych w czasie i po II wojnie światowej". Według Instytutu Spraw Publicznych, oznacza to, że sprawie tej nadaje się wysoką rangę. "Może to wskazywać na fakt, że niezależnie od znajomości i poparcia dla konkretnej inicjatywy utworzenia Centrum przeciw Wypędzeniom nastawienie Niemców w tej sprawie powoli zmienia się w kierunku mocniejszego poczucia krzywdy i bycia również ofiarą II wojny światowej" - napisano w komunikacie prasowym ISP dotyczącym sondażu. To proces którego nie można zlekceważyć. Jest ogromna szansa na zawarcie strategicznego partnerstwa z Niemcami w Unii Europejskiej, który przyniósłby korzyści zarówno Polsce, jak i Niemcom. Nie osiągniemy tego jednak przez odwoływanie wizyt partnerskich, czy ostentacyjne wycofywanie eksponatów z wystawy Steinbach. Nie tędy droga. Dzwon z niemieckiego statku Wilhelm Gustloff, którym uciekali niemieccy uchodźcy, jest dziś symbolicznym przedmiotem sporu. Strona polska domaga się jego zwrotu i wycofania z wystawy, jak i innych eksponatów. Steinbach nie chce oddać najcenniejszego przedmiotu swojej wystawy, który uważa za cząstkę historii niemieckich wypędzonych. Głos w całej sprawie zabiera pełnomocnik niemieckiego rządu ds. przestrzegania praw człowieka Guenter Nooke (CDU), który uważa, że polskie instytucje wypożyczające eksponaty na wystawę Steinbach są zastraszane, jak i polskie media, które chcą obiektywnie pisać o całej sprawie. Dzwon już dawno milczy. Jednak ciągle są ludzie, którzy za wszelką ceną chcą nim wszcząć larum i zmącić polsko-niemieckie stosunki. Miejmy w głowach dźwięki historii, ale nie zapominajmy o przyszłości, która bez wątpienia może przynieść obu narodom wiele dobrego. 

Mariusz Jankowski Ten adres e-mail jest ukrywany przed spamerami, włącz obsługę JavaScript w przeglądarce, by go zobaczyć
Stuttgart (Niemcy)