Kampania wyborcza 2007 cz.2
Na wstępie należy wyjaśnić, że celem poniższego tekstu jest próba opisania najciekawszych elementów i zdarzeń kampanii wyborczej w okresie od 14 września do 14 października 2007 roku. Nie obejmuje jednak debat wyborczych (ich przebieg i efekty nie zostały uwzględnione), albowiem będą one przedmiotem osobnego opracowania.
Prawo i Sprawiedliwość przez pewien czas kontynuuje emisję spotów wyborczych utrzymanych w trochę komiksowej konwencji filmu gangsterskiego. Po pierwszym, przez zdecydowaną większość komentatorów (zarówno dziennikarzy jak i specjalistów od marketingu, także politycznego) ocenionym jak dość słaby, kolejne wydają się być znacznie lepiej przygotowane. W jednym z nich sztabowcy PiS bezpośrednio nawiązują do haseł i „osiągnięć” PO skutecznie je ośmieszając. Podczas bankietu skorumpowanych biznesmenów i polityków (znanych już z pierwszego spotu) przewijają się hasła wyborcze PO. Bohaterowie skarżąc się na nękające ich służby aparatu sprawiedliwości narzekają na brak spokoju. Rozmawiają o tym, że najlepsze interesy robi się na budowaniu, oczywiście najlepiej tuneli wzdłuż rzeki. W zasadzie chodzi im jedynie o to,”by żyło się lepiej”. Oczywiście właśnie im, mitycznym oligarchom. W spocie znalazło się też miejsce na lekki prztyczek w nos „twarzy” kampanii Lewicy i Demokratów (komiczny epizod z fragmentem rozmowy o tym, w jaki sposób należy jeść bezę). Jednocześnie kultowy niemal status uzyskuje używane w spotach powiedzenie „mordo ty moja”.
Na tym etapie z działań PiS wykrystalizował się już obraz spójnego pomysłu na kampanię partii rządzącej. Kluczowe słowo „układ” zastąpione zostało „korupcją” (choć nieśmiertelny układ też jest obecny, jednak w drugim planie), a przekazywane informacje o sytuacji gospodarczej i międzynarodowej kraju nigdy nie były lepsze. W zasadzie nie można było oczekiwać innych decyzji. Zewsząd dobiegają głosy o rozpędzonej gospodarce, a Polacy „na własnej skórze” odczuwają efekty malejącego bezrobocia i rosnących zarobków. Z kolei polityka zagraniczna dla większości wyborców jest zagadnieniem tak abstrakcyjnym, że muszą przyjmować za dobrą monetę to, co mówią im politycy. Zagłębiane się w szczegóły i różnice traktatów z Nicei czy Joaniny nie wydaje się być częstym tematem rozmów przeciętnego wyborcy.
Znamy też „twarze” PiS w tej kampanii. Z plakatów wyborczych patrzą na nas prezes Jarosław Kaczyński oraz ministrowie Zyta Gilowska, Zbigniew Religa i Zbigniew Ziobro. Oni biorą głównie udział w kampanii w tzw. terenie. Jednak najtrudniejsze zadania postawiono przed dwoma dość udanymi, w mojej opinii, następcami Jacka Kurskiego: Joachimem Brudzińskim i Tomaszem Dudzińskiem. To właśnie oni, obok prezesa Kaczyńskiego, najczęściej pojawiają się w mediach. To oni biorą udział w niezliczonej ilości wywiadów i dyskusji telewizyjnych oraz radiowych. Dlaczego uważam ich za następców Jacka Kurskiego? W ich wypowiedziach, sposobie argumentowania doskonale widać rękę mistrza poprzedniej kampanii. Ta pewność siebie, graniczącą z arogancją (zdaniem niektórych często ową granicę przekraczająca) naprawdę może robić wrażanie. Uderzające jest też jak często z ust tych dwóch polityków pada jedno wystudiowane, identycznie brzmiące zdanie. Ich zdaniem najlepszym podsumowaniem efektów koalicji samorządowej PO i SLD w Warszawie może być „tunel zbudowany wzdłuż rzeki, spontanicznie nazwany przez warszawiaków <<przekrętem>>”. O ile mnie pamięć nie myli, swego czasu właśnie pan Kurski nadzwyczaj często raczył przypominać tę anegdotę. Niestety panowie Brudziński i Dudziński trochę przesadzili i ten skądinąd efektowny zwrot retoryczny po prostu nam przedawkowali. Teraz już za każdym razem brzmi on sztucznie.
Natomiast Jacek Kurski zapewne wyszedł zbyt poturbowany z licznych procesów sądowych i oskarżeń o nieczyste zagrania (poturbowany „wizerunkowo”, bo jego samego nie jest łatwo zniechęcić). Przypomnijmy, że przez długi czas politycy PO odmawiali występów w jakichkolwiek programach z jego udziałem. Jacek Kurski stał się politykiem zbyt kontrowersyjnym, prawdopodobnie dlatego nie jest już tak eksponowany w mediach jak kiedyś.
Z obowiązku należy wspomnieć o „rewolucji” dokonanej za sprawą małżeństwa Jana i Nelli Rokitów. Przypomnijmy, że tuż przed ostatecznym zamknięciem list wyborczych Jan Rokita wycofał się z kandydowania do sejmu kolejnej kadencji. Nastąpiło to w reakcji na zaangażowanie jego żony w działalność u boku Prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tydzień po decyzji męża Nelli Rokita zrobiła kolejny krok w kierunku PiS zgłaszając swoją kandydaturę do sejmu z list tejże partii. Manewr ten początkowo wzbudzał ogromne emocje, niektórzy nawet wieszczyli dramatyczny spadek notowań PO w reakcji na odejście tak popularnego polityka. Obecnie prawie nikt już nie pamięta już o tym „przewrocie politycznym w skali mikro”.
PiS chyba jednak szybko pożałowało aż tak szybkiego i bliskiego (drugie miejsce z listy warszawskiej, tuż za prezesem Jarosławem Kaczyńskim!) sojuszu z tą dość nieprzewidywalną kobietą. Natychmiast przypomniano Nelli Rokicie jej liberalne poglądy w kwestii tak drażliwej, a jednocześnie fundamentalnej dla PiS, jaką jest aborcja. Mając w pamięci awanturę zgotowaną przez LPR i wyjście Marka Jurka z partii, (kiedy to głosami m.in. PiS odrzucono poprawki do konstytucji mające w efekcie doprowadzenie do zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej) ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali bracia Kaczyńscy, były kolejne kontrowersje w tej sprawie. Ostatecznie, wbrew dostępnym faktom, Nelli Rokita zaprzeczyła jakoby była zwolennikiem liberalizacji ustawy antyaborcyjnej. Co ciekawe uczyniła to za pośrednictwem Kancelarii Prezydenta RP.
Z Nelli Rokitą w szeregach PiS wiąże się jeszcze jedna kontrowersja. Tuż po ogłoszeniu swojej decyzji o kandydowaniu do sejmu poleciała wraz z Prezydentem z wizytą do Stanów Zjednoczonych. Celem wizyty było wystąpienie Prezydenta na forum ONZ podczas Spotkania Wysokiego Szczebla ds. Zmian Klimatycznych. Nie przeszkodziło to w zorganizowaniu przy tej okazji szeregu imprez o charakterze wyborczym dla Polonii w USA.
Podsumowując, Prawo i Sprawiedliwość buduje kampanię na przeciwstawianiu sobie czarnych oraz białych obrazów i ocen rzeczywistości. Z jednej strony zagrożenie rakiem korupcji (dokarmianym przez PO), z drugiej sukcesy gospodarcze. Z jednej wypracowana silna pozycja Polski na arenie międzynarodowej, z drugiej zagrożenie polityką prowadzoną przez Niemcy (wzmacnianie ich pozycji wewnątrz Unii Europejskiej oraz sprawy zwrotu niemieckich majątków pozostawionych n a terenie Polski). Strategia ta wydaje się niezwykle skuteczna. PiS utrzymuje bardzo wysoką pozycję w sondażach.
Platforma Obywatelska od początku zapowiadała mocne uderzenie. Chyba wszyscy pamiętamy fatalną kampanię sprzed dwóch lat z jeszcze gorszym jej zakończeniem. Główną treścią tegorocznej kampanii miało być przeciwstawienie się władzy i stylowi rządów PiS. Za pomocą pierwszych spotów Platforma uderza w powiązania PiS z o. Tadeuszem Rydzykiem, arogancję władzy (słynne „spieprzaj dziadu” Prezydenta Kaczyńskiego w czasach kiedy sprawował jeszcze urząd prezydenta Warszawy oraz komentarz premiera Kaczyńskiego do protestu głodowego pielęgniarek), a także korupcję (mianowanie i późniejsze odwołanie Janusza Kaczmarka na szefa MSWiA oraz powiązanych z nim osób). Te szumnie zapowiadane spoty wspierane przez wcześniejszą akcję plakatową pozostawiały jednak wiele do życzenia. O ile sama koncepcja wydawała się słuszna, jej słabe wykonanie mogło negatywnie wpłynąć na osiągniętą skuteczność. Występujący w reklamówkach politycy PO (Tusk, Komorowski, Pitera) sprawiają wrażenie jakby sami nie wierzyli w możliwość sukcesu wyborczego. Wyglądają wręcz na przestraszonych – jedynie Tusk uśmiecha się, ale bardzo nieśmiało. Z takimi przestraszonymi minami trudno przekonać wyborców o tym, że jest w się w stanie skutecznie przeciwstawić obecnej partii rządzącej. Jednak muszę przyznać, że nie mam jasności gdzie został popełniony błąd. Być może problemem nie były poważne miny (trudno oczekiwać, aby polityk z uśmiechem na ustach opowiadał o grzechach swoich przeciwników politycznych) tylko zła intonacja.
Siłą PO miały też być tak zwane transfery polityczne. Jej szeregi zasilili politycy kojarzeni do tej pory z PiS a także jego członkowie: Antonii Mężydło, Radek Sikorski i Bogdan Borusewicz. O swoim poparciu dla niektórych kandydatów PO mówił także były premier Kazimierz Marcinkiewicz. Co więcej, trudno przecenić wsparcie dane PO przez profesora Władysława Bartoszewskiego. Nie był on wprawdzie znany jako zwolennik PiS, ale w poprzednich wyborach poparł obie partie, bez wskazania swoich preferencji. W tym roku tamtą decyzję uznał za błędną i z całą mocą wspierał PO.
Jednocześnie zadziwia łatwość, z jaką liderzy PO krytykowali stan polskiej gospodarki. Konfrontacja ich słów z rzeczywistością musi budzić u wielu Polaków dysonans poznawczy. Pamiętajmy, że dla większości wyborców argumentem nie jest abstrakcyjna informacja o zaniechanych lub nieudanych reformach i ewentualnych tego konsekwencjach. Jedynym przekonującym argumentem jest otaczająca ich rzeczywistość, w której zarobki rosną a bezrobocie utrzymuje się już tylko wśród osób zupełnie nieprzygotowanych do potrzeb dzisiejszego rynku pracy oraz tych, które pracy podjąć nie chcą (przypomnijmy, że bezrobocie w sierpniu 2007 spadło do 12%, z czego zdaniem analityków duża część tej grupy to właśnie osoby nie zamierzające podjąć pracy lub pracujące „na czarno”). Być może w późniejszej fazie kampanii PO dostrzega ten problem i koncentruje się na emigracji zarobkowej oraz sytuacji w służbie zdrowia. Ubolewając nad liczna grupą Polaków zmuszonych do wyjazdu za do pracy za granicą politycy PO stawiają Wielką Brytanię, Hiszpanię a zwłaszcza Irlandię jako przykład do naśladowania. Wydaje się to być dobrym ruchem: prosty, bliski wielu Polakom (z racji wspominanej wcześniej emigracji zarobkowej ich samych lub ich bliskich), obrazowy i przekonujący przekaz. Wreszcie wyborca otrzymuje konkrety. Oczywiście nie są to konkrety w postaci merytorycznych deklaracji programowych, jednak z pewnością coś więcej niż tylko straszenie rządami PiSu (jak miało to miejsce w fazie początkowej).
Wracając na chwilę do reklamówek telewizyjnych, podobnie jak w przypadku Prawa i Sprawiedliwości, kolejne spoty PO („180 stopni”, „Krótki film o życiu” oraz „Dzieci”) wydają się znacznie lepsze od tych pierwszych. Pojawia się coś, co najsilniej odróżnia od siebie dwie wiodące w sondażach partie. Pojawia się rzadki w reklamówkach PiS przekaz pozytywny. O ile do doskonałych spotów Prawa i Sprawiedliwości jesteśmy przyzwyczajeni (nawet biorąc pod uwagę lekkie potknięcie na starcie), to Platforma Obywatelska pokazała znaczącą poprawę w tym zakresie.
Podsumowując, może się wydawać, że sztabowcy Platformy Obywatelskiej najlepiej pracują pod dużą presją. Gdy PO prowadziła w sondażach jej kampania sprawiała wrażenie mało dopracowanej. Dopiero po utracie przewagi na rzecz Prawa i Sprawiedliwości jakość przekazów obu partii stała się bardziej zrównoważona. O tym czy w ostatnich tygodniach kampanii szala (jakości i skuteczności prowadzonego marketingu) przechyliła się na stronę PO będzie można dopiero dyskutować. Oczywiście istnieje też drugie wytłumaczenie. Pamiętając błędy sprzed dwóch lat Platforma Obywatelska zadbała o to by nie zabrakło jej sił na samym finiszu.
Maciej Bil
