Dlaczego PiS nie pozostawia ludzi obojętnymi?

Prawo i Sprawiedliwość jak żadna inna partia polityczna budzi daleko idące kontrowersje. Wyborcy, albo żywią do tej organizacji daleko idącą sympatię, albo rozszalałą niechęć. Stan pośredni jest zdecydowanie śladowy. Raczej trudno znaleźć kogoś pozostającego obojętnym na to co mówią i robią przedstawiciele PiS z tzw. pierwszych stron gazet. Zastanowiło mnie to zjawisko, ponieważ wydaje się pewnym mało rozpoznanym fenomenem na polskiej scenie politycznej. Doskonale widać jego objawy chociażby na forach internetowych o profilu związanym z wydarzeniami bieżącymi. Zwolennicy i przeciwnicy Prawa i Sprawiedliwości ścierają się słownie w sposób tak zażarty, że momentami może to budzić przerażenie. O poziomie tych polemik prowadzonych w internecie wspomnę na koniec.

    W sposób oczywisty musimy stwierdzić, że partia polityczna sama w sobie nie jest bytem niezależnym, podobnie jak każda inna forma organizacji społeczeństwa, chociaż pozornie może to wyglądać inaczej. Warto pamiętać, że organizację budują ludzie i tylko oni są jej motorem napędowym. To jest tak oczywiste, że często aż umyka. Możemy tych ludzi wymieniać z imienia i nazwiska, przytaczać ich wypowiedzi, poglądy, wystąpienia.
Wniosek wydaje się prosty. Prawo i Sprawiedliwość budzi emocje w prawie każdym obywatelu ponieważ ma bardzo wyrazistych liderów i działaczy. Jest to jednak wniosek pozorny, bowiem nie o wyrazistość tutaj chodzi.
W polskiej polityce było i jest wiele postaci, których poglądy, sposób bycia, czy też poziom dyskursu politycznego jaki zwykły prowadzić tworzą rozpoznawalnego i charakterystycznego polityka, jednak tylko Jarosław Kaczyński doszedł tak wysoko w hierarchii władzy posiadając niezwykle silny i rekordowy wręcz w skali całej sceny politycznej elektorat negatywny.
Głównym elementem składającym się na ten emocjonalny wydźwięk jest filozofia ludzi tworzących partię słyszalna w bardzo wielu słowach wypowiadanych przez liderów Prawa i Sprawiedliwości, oraz obserwowana w działaniach jakie podejmują przedstawiciele tej organizacji politycznej.
Wydaje się zasadne zwrócenie uwagi na militarny ton przebijający się gdzieniegdzie i dający pewne pojęcie o strukturze tego organizmu. Słynne słowa Lecha Kaczyńskiego po zwycięstwie w wyborach prezydenckich skierowane do brata Jarosława brzmiały: „Panie Prezesie! Melduję wykonanie zadania!”. Już wtedy był to pewien niepokojący sygnał, acz traktowany raczej jako ciekawostka i niegroźna maniera słowna. Tymczasem po 2 latach obcowania z Prawem i Sprawiedliwością jako partią rządzącą można stwierdzić jednoznacznie, że ta partia nie jest demokratyczna, a zdecydowanie wodzowska. Powstała i istnieje tylko i wyłącznie dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu, który ma w niej pozycję króla/wodza/admirała, niech każdy wybierze co mu pasuje najlepiej.
O ile Sojusz Lewicy Demokratycznej zasłynął „baronami”, co świetnie oddawało stosunki wewnątrz organizacji i pewną feudalną mentalność jej działaczy, o tyle Prawo i Sprawiedliwość przyczyniło się do sformowania etykiety „żołnierza”, jako określenia na zdyscyplinowanego i ślepo wierzącego w partię i wodza działacza (na marginesie można dodać pewne powiązanie takiego słownictwa ze światem przestępczości zorganizowanej). Wspomniani „żołnierze” są oczywiście różnej szarży, a nawet specjalizacji, wydaje się uzasadniony podział na tzw. szeregowych, a więc po prostu mniej znanych i mniej błyskotliwych, oraz na harcowników i berserkerów. Pozornie takie obserwacje mogą się wydawać bezwartościowe z punktu widzenia naszej analizy, ale należy pamiętać o tym, że każde zjawisko ma swoje przyczyny.
Jeśli będziemy postrzegać Prawo i Sprawiedliwość jako organizację o duchu wojennym (oczywiście w sensie walki politycznej) to musimy sobie zadać podstawowe pytanie: czy partia o takim charakterze może chociaż na chwilę zaprzestać toczyć wojnę? Wydaje się, że w takiej sytuacji straciłaby rację bytu, bowiem gromadzi ludzi o bardzo charakterystycznym rysie psychologicznym. Prawo i Sprawiedliwość bez konfliktu, wojny, mitycznego celu do którego podąża nie oglądając się na nic, wypuszczania harcowników, którzy niszczą w widowiskowy sposób przeciwnika, albo berserkerów, którzy niczym Ci historyczni wikingowie wpadają w bitewny szał i czasami nawet sam wódz ma problem z ich powstrzymaniem, nie ma możliwości istnienia.

    Czy jednak sam fakt prowadzenia nieustającej agresywnej wojny ze wszystkimi i o wszystko jest wystarczającym powodem, aby budzić tak niezwykłe emocje w narodzie? Wydaje się, że potrzeba jeszcze czegoś więcej. Polska polityka nie cieszy się sympatią obywateli. Powszechnie uznaje się ją za brudną, bezlitosną i całkowicie bezwartościową z punktu widzenia warunków życia społeczeństwa, tak więc odporność na różne wojownicze ekscesy powinna być znaczna. Przyjrzyjmy się więc może temu co liderzy Prawa i Sprawiedliwości mówią, może się to okazać wartościowe z punktu widzenia naszych rozważań.

    W dniu 04.03.2006 r. Jarosław Kaczyński na II kongresie Prawa i Sprawiedliwości wypowiada następujące słowa „odzyskaliśmy Ministerstwo Spraw Zagranicznych”. Odnosił się w ten sposób do zastąpienia dotychczasowego Ministra Stefana Mellera przez Annę Fotygę. Wydaje się to dość zadziwiające słownictwo w sytuacji, kiedy Minister Meller był Ministrem rządu Kazimierza Marcinkiewicza, a więc rządu Prawa i Sprawiedliwości.
Wszystko jednak wyjaśnia poseł Kurski w dniu 04.03.2007 na zjeździe okręgowym gdańskiego PiS:
„Będę konsekwentny w odzyskiwaniu dla ludzi PiS urzędu po urzędzie, przedsiębiorstwa po przedsiębiorstwie, agendy po agendzie - tych miejsc, których obsada zależy od państwa. PiS musi tam rządzić” dodaje następnie „16 miesięcy po wygranej PiS żaden działacz czy zwolennik naszej partii, który wykrwawiał się w naszych kampaniach wyborczych nie może cierpieć głodu i niedostatku. Ci ludzie muszą w satysfakcjonujący sposób przejąć władzę w części sektora podlegającemu rządowi.”.*
Właściwie trudno te słowa interpretować, ponieważ są one proste, bezwzględne i absolutnie nie pozostawiające żadnych wątpliwości. Prawo i Sprawiedliwość dla tzw. „swoich ludzi” chce zapewnić dobrobyt i władzę używając do tego celu całej dostępnej im sfery państwowej. Innymi słowy chodzi tutaj o systematyczne i planowe „zawłaszczenie” całej gamy stanowisk w których obsadzaniu uczestniczą politycy. Bodajże po raz pierwszy przedstawiciel partii rządzącej tak wysokiej rangi wypowiada podobne deklaracje w sposób publiczny i formułuje je w tonie obietnicy. Czy to może przeciętnego obywatela denerwować? Odpowiedź wydaje się twierdząca.
Budzi daleko idący sprzeciw postrzeganie Państwa jako łupu politycznego, a poszczególnych jego segmentów instytucjonalnych i gospodarczych jako majątków feudalnych. Niestety jest to wybitna słabość naszego systemu polityczno-prawnego. Państwo jest w sposób znaczący rozbudowane pod tym względem i kusi możliwością wpływania na decyzje kadrowe wolą polityczną.

    Jarosław Kaczyński i inni działacze Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie w swoich wypowiedziach dzielili społeczeństwo na lepszych i gorszych, na tych prawdziwych i mniej prawdziwych uzurpując sobie prawo do wydawania podobnych ocen praktycznie bez jakiejkolwiek dbałości o dobro narodu, czy też zwykłe poszanowanie ludzkiej godności.
Pod koniec września 2006 roku na wiecu w Stoczni Gdańskiej Jarosław Kaczyński powiedział słynne słowa „My jesteśmy tu, gdzie staliśmy przed laty, oni są tam, gdzie stało ZOMO”.** 
Wywołał tym samym falę oburzenia, ponieważ słowa te zostały jednoznacznie zinterpretowane jako dzielenie ludzi na tych, którzy sprzyjają premierowi i jego ugrupowaniu politycznemu, oraz całą resztę o wątpliwej reputacji i wartości. W zasadzie można uznać, że tego typu podziały są pewną formułą patrzenia na świat przez każdego polityka, ale użycie argumentu „ZOMO” nie pozwala pozostać obojętnym.

    Kontrowersje wzbudziły także słowa premiera, który był gościem pielgrzymki Radia Maryja na Jasną Górę. Przemawiając do zgromadzonych pielgrzymów powiedział „Dziś Polska jest tutaj. Mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem, z pełną wiarą. I dzięki takim jak wy Polska trwa i będzie trwała, wbrew wszystkiemu, wbrew wszystkim trudnościom, wbrew tym, którzy jeszcze nie uwierzyli, tym, którzy często uwierzyć nie chcą.”.***  Tym razem precyzyjnie zostało określone kogo Jarosław Kaczyński uważa za prawdziwego Polaka. Szokujące jest to o tyle, że słuchacze Radia Maryja to jakieś 1,5-2mln osób spośród blisko 40 mln narodu w którym jest 30 mln wyborców. Powstaje pytanie, co z resztą społeczeństwa? Oni nie są Polską, nie są Polakami? Jarosław Kaczyński potrafi ludźmi wstrząsnąć całkowitym brakiem delikatności i to na pewno budzi emocje.

   Prawo i Sprawiedliwość wywołuje podziały nie tylko polityczne, ale także społeczne. Okazuje się bowiem, że społeczeństwo bardzo szybko przejęło tego typu retorykę. Fora internetowe o których wspominałem na samym początku pełne są takich słów jak „komuchy”, w odniesieniu do wszystkich którzy nie popierają PiS bez względu na ich sympatie polityczne, oraz „pisobolszewizm”, albo „mohery” w stosunku do zwolenników obozu rządzącego. Teorie „układu”, oraz nienawistne wypowiedzi w tonie podejrzeń o współpracę ze służbami bezpieczeństwa PRL pełnią rolę argumentacji. Jest rzeczą znamienną, że nie ma pomiędzy dyskutantami nawiązania jakiegokolwiek kontaktu intelektualnego. Na pojawiające się wypowiedzi merytoryczne nie ma kontrargumentacji, są jedynie elementy emocjonalne.

    Partia braci Kaczyńskich ewidentnie sprowadziła konflikt polityczny do poziomu emocji. Każdy obraz, każde słowo jest wykorzystywane do wzbudzania jak najsilniejszych stanów emocjonalnych. Taktyka sądząc po sondażach przedwyborczych bardzo skuteczna, ale równocześnie niszcząca naród od wewnątrz. Polityczny zwolennik myślący na płaszczyźnie miłość-nienawiść jest niezwykle odporny na działanie przeciwników, oraz na błędy i nieprawidłowości swojej formacji politycznej. Nie jest to zjawisko nowe, a jedynie nowy w naszej rzeczywistości politycznej jest sposób jego kreowania.
Elektorat charakteryzujący się wiernością opartą na przywiązaniu i emocjach nazywa się tzw. „betonem”. Do tej pory taką grupę wyborców posiadał Sojusz Lewicy Demokratycznej. Było to pokłosie PRL’u i sentymentu określonych grup do tamtego okresu. Obóz wywodzący się z „Solidarności” nie posiadał pod jednym szyldem politycznym podobnego oparcia. Wydaje się to zmieniać na naszych oczach. W tym bym upatrywał odpowiedzi na postawione pytanie o nie pozostawianie ludzi obojętnymi. Jarosław Kaczyński i jego zaplecze stąpają po bardzo chwiejnej linie, bowiem emocje mają to do siebie, że wygasają nie podsycane. Ponadto bodźce które będą podsycać takie stany z czasem muszą być coraz silniejsze, żeby wywołać określoną reakcję. Jak długo można eskalować napięcie w obszarze politycznym? Historia uczy, że zawsze kierowało to w stronę tzw. wroga zewnętrznego i w konsekwencji do konfliktu zbrojnego, bądź niebezpiecznego zbliżenia się do takiej perspektywy.
Prawo i Sprawiedliwość już gra na nucie poczucia osaczenia, osamotnienia, krzywdy i niechęci między narodami. Co dalej?

Marcin Rafałowicz

* Strona internetowa Prawa i Sprawiedliwości, http://www.pis.org.pl/
** Wirtualna Polska, http://wydarzenia.wp.pl/
*** Gazeta.pl, http://serwisy.gazeta.pl/