Aktualny stan stosunków polsko-niemieckich w kontekście europejskim

Analiza aktualnego stanu stosunków polsko-niemieckich musi uwzględniać kontekst europejski. Teza ta znajduje swoje uzasadnienie nie tylko poprzez fakt członkostwa obu państw w formalnych strukturach zjednoczonej Europy. Dzieje się tak również dlatego, że wypracowanie wspólnego stanowiska dla realizacji interesów narodowych jeszcze nigdy nie wymagały tak daleko idącego uwzględnienia warunków europejskiego procesu integracyjnego. Zasadniczo nie ma takiego elementu polsko-niemieckiej koegzystencji międzynarodowej, który nie odnosiłby się do płaszczyzny współpracy w ramach Unii Europejskiej. 

 Polsko-niemiecki dialog zakłócają aktualnie trzy najważniejsze kwestie. Są to: podejście ideologiczne do wydarzeń przeszłości, które ma swoje reminiscencje w praktyce międzynarodowej; bezpieczeństwo energetyczne oraz przyszłość Unii Europejskiej, a konkretnie jej reforma instytucjonalna.

  Dużą szkodę w polsko-niemieckiej współpracy, która od podpisanego 15 lat temu traktatu, zaowocowała wieloma korzyściami dla obu stron, wyrządza tzw. polityka historyczna. Szczególnie stronę polską można obciążać odpowiedzialnością za dość subiektywne podejście do trudnych i bolesnych wydarzeń XX wieku. Nie ma jednak wątpliwości, że i rząd niemiecki popełnił sporo błędów w tym zakresie, o czym można przeczytać w niemieckiej prasie. Chodzi tu mianowicie o lekceważące podejście rządu byłego kanclerza Gerharda Schrödera do polskich obaw przed ścisłą współpracą niemiecko-rosyjską. Doskonałe, wręcz koleżeńskie stosunki Schrödera i Putina wywierały nieodparte wrażenie powrotu do imperialnych tradycji obu państw w zmienionej jedynie rzeczywistości międzynarodowej. Gdy polska opinia publiczna reagowała, strona niemiecka zdawała się zupełnie nie rozumieć polskich obaw, często wysuwając kąśliwe kontrargumenty. Niemieccy komentatorzy szeroko rozpisywali się o wykorzystaniu antyniemieckich akcentów w kampanii wyborczej Prawa i Sprawiedliwości oraz Ligii Polskich Rodzin. Można było przeczytać liczne komentarze na temat odszkodowań jakie wystawiła rządowi niemieckiemu polska stolica. Dużo mówiło się o „aferze kartoflanej”, dotyczącej już urzędującego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Doszły do tego narzekania na przewlekający się problem projektu Centrum przeciw Wypędzeniom, autorstwa pani Eriki Steinbach. Kolejne spotkania na szczycie (wizyta pani kanclerz w Warszawie, rewizyta polskiego prezydenta, spotkania w ramach współpracy unijnej, wizyta w Niemczech polskiego premiera i ostatnie spotkanie Trójkąta Weimarskiego) nie przyniosły jednak przełomu. Strona niemiecka komentowała z początku antyniemieckie tony w Polsce dość jednoznacznie, jako element strategii PiS-u w wewnętrznej walce politycznej. Tak nieodpowiedzialne zachowanie tłumaczono niedoświadczeniem nowej ekipy, a nawet doszukiwano się osobistych urazów, jakie mieliby żywić bracia Kaczyńscy w stosunku do narodu niemieckiego. Nie można było odmówić tym spostrzeżeniom sporej dozy słuszności. Wiele wskazywało na to, że to uprawniony punkt widzenia na pogarszające się stosunki polsko-niemieckie. Potwierdzały to też takie ruchy polskiego rządu, jak: nie wypłacenie do dziś dotacji dla Polsko-Niemieckiej Współpracy Młodzieży, zaniechanie prac w ramach ustanowionej w 2003 roku przez polskiego i niemieckiego prezydenta Europejskiej Sieci Pamięć i Solidarność, która miała zażegnać problem upamiętnienia wysiedleń po drugiej wojnie światowej, aż w końcu bierne stanowisko w sprawie komisji dwustronnej ds. kryzysu energetycznego i zmiana Ambasadora RP w Republice Federalnej Niemiec, która odbyła się po dość nerwowym zakończeniu misji przez poprzednika. Muszę przyznać, że śledząc stale rozwój wydarzeń, byłem skłonny ferować podobnej tezie, jaką wysuwali niemieccy politycy i dziennikarze. Dziś do końca się z niej nie wycofuję, uznając, że powyższe argumenty miały rację bytu. Natomiast od początku nurtującym jest fakt, dlaczego rządząca formacja polityczna miałaby jednoznacznie odwrócić się od tak ważnego partnera, jakim dla Polski są Niemcy. Dodatkowo pytanie pogłębia informacja, że jak podał w październiku br. renomowany niemiecki instytut Infratest, aż 71% Polaków uważa Niemców za dobrych sąsiadów. Uwzględniając fakt, że badanie przeprowadzono tuż po incydencie ze statkiem wycieczkowym na Bałtyku, nie podobna przyjąć, że polskie ośrodki decyzyjne ten stan rzeczy zbagatelizowały dla partykularnych kalkulacji politycznych. Nie rozwinę już zagadnienia, jak ważna dla polskiej kondycji ekonomicznej jest wymiana gospodarcza z Niemcami, czy procesy polityczne (wsparcie Niemiec dla polskiego członkowstwa w UE), które po upadku „żelaznej kurtyny” związały oba państwa i narody. Odpowiedzi na postawione powyżej pytanie należy szukać w kontekście europejskim. Myślę, że do pewnego stopnia dość nieprzychylne Niemcom polskie stanowisko wiązało się z wizją politycznej pozycji Polski w stosunkach międzynarodowych, jaką przyjęli bracia Kaczyńscy i ich otoczenie. Do pewnego stopnia to przekonanie zaczyna odbijać się również w komentarzach strony niemieckiej. Coraz częściej gazety piszą o błędzie Schrödera, który swą bezkrytyczną postawą wobec Putina, wzbudził spore podejrzenia polskich sił rządzących. Jestem zwolennikiem wieloaspektowego podejścia do problemów polityki zagranicznej. Uważam więc, że oba czynniki: wewnętrzna atmosfera polityczna i projekty sanacji polskiego życia publicznego, jak również nowa wizja Polski w Europie, spowodowały następstwo wydarzeń, które w ostatnich tygodniach i dniach nabrały niezwykle ciekawego wymiaru. Kończąc rozważania na linii tzw. polityki historycznej, pragnę podkreślić, że rozwiązania sporów w tym temacie należy bezwzględnie szukać w odwołaniu się do integracji europejskiej. Dokładne wyjaśnienie postawionej tezy wymagałoby osobnej analizy. Można jedynie wspomnieć, że nawet w dzisiejszym stanie stosunków w tej materii, komponent europejski jest widoczny (odwołuje się tu do projektu Europejskiej Sieci Pamięć i Solidarność), a ich polepszenia upatrywałbym w pogłębionej refleksji nad zmianami tożsamości narodowej i rzeczywistości społecznej współczesnych Niemiec.

  Pragnę się teraz skupić na pozostałych dwóch, najbardziej aktualnych i problematycznych aspektach polsko-niemieckich stosunków. Polityka energetyczna i przyszłość unijnej konstytucji są sprawami, w których Niemcy odgrywają kluczową rolę, zwłaszcza z polskiej perspektywy. W omówieniu tych zagadnień chciałbym posłużyć się najbardziej aktualną sprawą polskiego weta dla mandatu, który umożliwiłby Radzie Europejskiej podpisanie, na zaplanowanym na 24 listopada br. formalnym szczycie, nowej umowy o współpracy z Rosją. Ten układ o partnerstwie i współpracy między UE i Rosją został podpisany na dziesięć lat 24 czerwca 1994 i wszedł w życie 1 grudnia 1997 r.
Przyspieszenie w sprawie europejskiej polityki energetycznej można było zaobserwować od dwóch miesięcy. Wizyty wicemarszałka sejmu Bronisława Komorowskiego i szefa sejmowej komisji spraw zagranicznych Pawła Zalewskiego zapowiadały pewien zwrot. Ta druga wizyta miała zapewne charakter przygotowań dyplomatycznych dla wizyty premiera Kaczyńskiego w Niemczech, którą szef polskiego rządu odbył 30 października br. Bardzo znacząco zabrzmiały słowa wspólnego komentarza, które Paweł Zalewski i jego niemiecki odpowiednik Ruprecht Polenz opublikowali w „Financial Times Deutschland”: „Jeżeli nie będziemy działać wspólnie, będziemy ciągle igraszką a nie graczem w grze prowadzonej przez dostawców surowców energetycznych”. Taka wypowiedź jest następstwem otwartego żądania, jakie pani kanclerz Merkel wystosowała w kierunku Rosji. Niemcy stoją dziś jednoznacznie na stanowisku, że Unia powinna wymusić na Rosji ratyfikację Karty Energetycznej, która umożliwi europejskim firmom inwestycje na rosyjskim rynku paliwowym na równych prawach z rodzimym przemysłem. Pytanie tylko, czy będą stanowczo to żądanie egzekwować. Rosja już 10 lat skutecznie odsuwa podpisanie porozumienia, a jej dodatkowym sprzymierzeńcem jest niespójność unijnego stanowiska, co dobitnie ukazały następstwa szczytu w Lahti. Jednym z założeń tego nieformalnego szczytu było wypracowanie wstępnych założeń dla programu polityki energetycznej, który podczas swej prezydencji od stycznia 2007 roku mają wypracować Niemcy. Ważnym wydarzeniem w Lahti była też kolacja z prezydentem Putinem, która stanowiła element przygotowań do podpisania nowej umowy z Rosją. Po lekturze prasowych doniesień można było nabrać przekonania, że unijni przywódcy uwierzyli Putinowi na słowo, że problemy polityki energetycznej (szczególnie obawa przed nieciągłością dostaw) będzie rozwiązana w ramach nowej umowy o partnerstwie i współpracy. Rosja jednak nadal stanowczo odmawia ratyfikacji Karty Energetycznej. Takie stanowisko powinno niepokoić. Problem w tym, że nie ma na tej płaszczyźnie wspólnoty interesów. Szczególnym przypadkiem są tu Niemcy. W czasie ich prezydencji mają mieć miejsce bardzo doniosłe wydarzenia i nie chodzi bynajmniej jedynie o uroczystość pięćdziesiątej rocznicy podpisania Traktatów Rzymskich.
Obok wzbudzenia dyskusji nad traktatem konstytucyjnym, najważniejszą sprawą jest polityka wschodnia. To Niemcy są autorami nowej strategii w kontaktach Unii z Rosją. Niemieckie MSW wypracowało już nową „Ostpolitik”, którą nakreślił Walter Steinmeier na szczycie Rady UE w fińskim Lappeenranta 3 września br. Jest to, póki co jedynie propozycja, gdyż część chadeków nie zgadza się na jego wytyczne. Rosja ma być wprowadzona na europejskie salony pod hasłem „zbliżenie poprzez integrowanie”. Jest to projekt który z uwzględnieniem niemieckich interesów wobec Rosji wpisuje się w ramy przygotowywanej „Wspólnej Strategii Unii Europejskiej wobec Rosji”. Ta pierwsza została, jak wiadomo, wypracowana na szczycie Rady Europejskiej w Kolonii w czerwcu 1999 r. i zobowiązuje państwa UE do prowadzenia jednolitej polityki wobec Rosji w duchu „strategicznego partnerstwa”. Działania takie mają wzmocnić Wspólną Politykę Zagraniczną i Bezpieczeństwa UE oraz wspierać proces demokratycznych przemian w Rosji przez wprowadzenie jej do wspólnej europejskiej przestrzeni gospodarczej i socjalnej. Rosja zaczęła od tej pory postrzegać UE jako ważnego partnera w stosunkach międzynarodowych i to tym bardziej, że strategia popierała rosyjskie aspiracje do członkostwa w WTO. Zadaniem niemieckiego rządu jest więc wypracowanie takiego stanowiska, by w ramach unijnej współpracy zbliżyć Rosję do Europy, a jednocześnie nie zaprzepaścić korzyści z bilateralnej współpracy. Władimir Putin kusi jednak Niemców udziałem w sprzedaży rosyjskiego gazu dla Europy Zachodniej. Takie deklaracje, złożone przez rosyjskiego prezydenta podczas jego ostatniej wizyty w Lipsku, są niewygodne dla Merkel. Widać wyraźnie, że Merkel nie może się już wycofać z projektu budowy Gazociągu Północnego, będącego przedmiotem niepokoju w Polsce, ale chce się zdystansować od Rosji. Niemiecki MSW złożył już propozycję, by gazociąg ten włączyć do europejskiego systemu bezpieczeństwa energetycznego, w którym nie widać żadnego przełomu od jesieni 2005 r. To wyraźny sygnał, który polska dyplomacja powinna się starać zdyskontować na swoją korzyść. Od objęcia stanowiska kanclerza w listopadzie 2005 pani Merkel przyjęła bardziej wywarzone stanowisko w stosunku do Władimira Putina niż miało to miejsce za rządów Schrödera. Nie ma już mowy o wizerunku „demokraty bez skazy”. Inaczej niż poprzednik pani Merkel kreuje swoje stanowisko względem USA, wyraźnie poprawiając wzajemne relacje. Nie jest to z pewnością na rękę Rosji, której drogi coraz bardziej rozchodzą się w stosunku do wytycznych administracji Busha. W zasadzie obserwujemy coraz większe sprzeczności na linii Waszyngton – Moskwa. Dzieje się tak dlatego, że po błędach Amerykanów w sprawie Środkowego Wschodu Bush traci swoją pozycję. Również jego sytuacja wewnątrz kraju jest nie do pozazdroszczenia. To osłabienie wykorzystuje Moskwa, zwiększając swoje zaangażowanie w Azji. Siłę do odbudowania mocarstwowej pozycji ma jej dać, wytyczona przez Putina, strategia energetyczna. Jej głównym komponentem jest sprzedaż surowców do Europy Zachodniej, co ma zapewnić korzyści ekonomiczne i przełożyć się na realne wpływy polityczne. Zdają się być tego świadomi Amerykanie. Poprawa stosunków z Niemcami, które pod rządami Merkel są bardziej ostrożne w relacjach z Rosją jest dla nich bardzo korzystna, gdyż w sytuacji przejściowych kłopotów odzyskują sprawdzonego partnera europejskiego. Ekipie Merkel to porozumienie jest z kolei potrzebne dla zdystansowania się od Rosji. Niemcy nie mogą sobie pozwolić na wizerunek konia trojańskiego Europy, który wykorzystując swoją silną pozycję związał UE z Rosją i uzależnił ją od dostaw rosyjskich surowców energetycznych. Taki obrót spraw spowodowałby wielkie straty na wizerunku niemieckiej dyplomacji i znacząco utrudnił dalekosiężne plany odgrywania znaczącej roli w skali światowej. I w tym właśnie momencie bardzo ważna jest sprawa polskiego stanowiska.
Proponuję w ramach analizy prospekcyjnej rozpatrzyć sprawę polskiego weta dla umowy z Rosją i żądania zniesienia embarga na polską żywność, które szkodzi polskim eksporterom już od roku. Sprawa ta skupia moim zdaniem jak w soczewce wyżej opisane wątki.

  Po wizycie premiera Jarosława Kaczyńskiego w Niemczech można się było spotkać z różnymi komentarzami. Przeważały jednak głosy za zbliżającym się ociepleniem. Na ile w tym zasługi amerykańskiej dyplomacji, nie chciałbym spekulować. Nawet jeśli miały miejsce naciski na polską dyplomację w tej sprawie, nie poczytywałbym tego za nieszczęście. Należałoby się raczej zająć wykorzystaniem nadarzającej się okazji odegrania ważnej roli w europejskiej polityce i wzmocnienia polskiej pozycji międzynarodowej. Szansy tej jednoznacznie upatruję poprzez zbliżenie z Niemcami. Skoro Niemcy chcą mocno się zaangażować w budowę europejskiego bezpieczeństwa energetycznego powinniśmy przychylnie odnieść się do takiej propozycji. Niebezpieczeństwo związane z Rurociągiem Północnym można neutralizować poprzez inne projekty, jak choćby zaniedbany od trzech lat projekt budowy polskiego odcinaka gazociągu Odessa-Brody. Coś znowu drgnęło w tej sprawie podczas niedawnej wizyty premiera na Ukrainie. Jednak do sukcesu tego, jak i innych pomysłów, nie wystarczą deklaracje. Polska musi wypracować sobie argumenty przetargowe, które będą narzędziem realizacji planów stawianych przed polską dyplomacją. Od paru tygodni obserwujemy napięcie na linii Warszawa – Moskwa. Dla niektórych komentatorów, jest to kolejny dowód „pieniactwa” Polski, która swoje członkostwo w Unii Europejskiej wykorzystuje bardzo partykularnie i nie uwzględnia w swych poczynaniach paradygmatu dochodzenia do konsensusu. Argumentów krytykom dostarczają błędy jakie zdarzają się polskim politykom. Mam tu na myśli niezrozumiały zupełnie postulat o europejskiej armii pod wojskowym zwierzchnictwem NATO, czy sugestia o nałożeniu przez Unię Europejską sankcji na Rosję, jako działania odwetowego w sprawie embarga na polską żywność. Takie lapsusy nie powinny się zdarzać. Mimo wszystko uważam postawienie polskiego weta za bardzo ciekawą propozycję. Jest to ruch niezwykle ryzykowny, ale nie pozbawiony szans powodzenia. Bardzo dobrze się stało, że Polska postawiła dwa warunki dla swej zgody na porozumienie z Moskwą. Trzeba tu nadmienić, że w obu warunkach Rosja ma nad Polską przewagę. Bez polskiej żywności sobie poradzi, co udowadnia już od roku, a umowa o partnerstwie, bez podpisania nowej, ulegnie automatycznemu przedłużeniu. Rosja chciałaby jednak podpisać nowy dokument, który jak już wspomniałem, wpisuje się w jej strategię odzyskiwania wpływów poprzez kontakty gospodarcze z Europą Zachodnią. Naturalnym terenem wpływów jest dla Kremla Europa Środkowa, ale tu napotyka na krnąbrność Polski. Szczególna rola, jaką Polska pragnie odgrywać w Europie Środkowej, byłaby dla Niemców do zaakceptowania. Tą świadomość ma jednak Rosja, która szuka zbliżenia z Niemcami, którego pobocznym efektem ma być z pewnością ograniczanie pola działania dla polskiej dyplomacji w tym regionie. Delikatne ocieplenie stosunków polsko-rosyjskich (wizyta Siergieja Ławrowa w Polsce) jest potwierdzeniem tych przypuszczeń. Moskwie przygotowującej plan zbliżenia z Niemcami nie na rękę są katastrofalne stosunki z Warszawą. W złym świetle stawia to Niemcy, które są przecież partnerem Polski w UE. Poprawa stosunków z Polską jest więc zakrojona na bardziej perspektywiczny cel, a jej prawdziwym adresatem jest strona niemiecka, a nie polska.
Sprawa polskiego weta może się więc okazać bardzo pomyślna, ponieważ pokrzyżuje plany Rosji, która chciała pozornie uspokoić relację z Warszawą. Twarda postawa Polski w tym konkretnym przypadku otwiera w łonie Unii Europejskiej nową debatę: czy naprawdę opłaca się być tak dalece spolegliwym wobec Rosji jak do tej pory? Może warto jednak wspomóc polskiego partnera w jego, jak wskazuję kolejne doniesienia, ze wszech miar słusznych żądaniach otwarcia rosyjskiego rynku. Jeśli Rosja wygra ten spór dwa do zera, to Polska będzie zdyskredytowana, a pozostałe państwa okażą się nierzetelnymi partnerami w UE i jednocześnie nie uzyskają od Rosji nic, prócz podpisania umowy, która w dużo większym stopniu jest korzystniejsza dla Moskwy niż dla Unii. Po tym zwycięstwie umocniona Rosja będzie mogła tym skuteczniej blokować podpisanie Karty Energetycznej. Jeśli polskie weto zawiera taką kalkulację, to jestem pełen uznania. Niepokoi mnie jedynie zbyt mała aktywność, szczególnie polskiego MSZ, który teraz ze wszech miar powinien zabiegać o poparcie swoich roszczeń w jak największej liczbie europejskich stolic.
Jak przechylić szalę na swoją stronę? Myślę, że dobrym kierunkiem jest gra na remis, czyli uzyskanie zniesienia embarga i zgoda na traktat UE – Rosja. Wydaje się nieprawdopodobnym, że przekonamy Rosję do podpisania Karty Energetycznej. Jednak sukces w pierwszej sprawie wzmocni pozycję Polski na arenie międzynarodowej. Co może ważniejsze, powinien skłonić pozostałe kraje Unii, szczególnie tzw. „starej Unii” do refleksji nad ustępliwością i romantyzmem w stosunkach z Rosją. Taki obrót sprawy dałby zielone światło dla planów Merkel, które moim zdaniem zmierzają do zdystansowania się od Moskwy. Nie ma też wątpliwości, że polska dyplomacja odebrałaby ciche gratulacje z Waszyngtonu, co też można by przekuć w konkretne decyzje.
Myślę, że kluczowym dla realizacji tego planu byłoby uzyskanie, poza częściowym poparciem Francji i Litwy, poparcia ze strony Niemiec. Stanowisko niemieckie jest wyczekujące. Nie doszukałem się wielu komentarzy, które, jak to bywało wcześniej, jednoznacznie krytykowałyby polski rząd za kolejny awanturniczy wybryk. Nie ma jednak odpowiednich sygnałów z Warszawy, którymi mogła by się zasugerować niemiecka dyplomacja. Niemcy nie zrobią ruchu przeciwko Moskwie, jeśli nie będą pewni, że Warszawa może im zaoferować coś w zamian. Uważam, że Warszawa ma takiego asa w rękawie. Jest nim zgoda na reaktywację unijnej konstytucji. Przypomnijmy, że mowa o wszczęciu jedynie debaty i to zaplanowanej przez Unię Europejską na przełom 2007 i 2008 roku, czyli już na termin prezydencji Portugalii i Słowenii. Dotykamy tu trzeciego zagadnienia różniącego Polską i Niemcy. Jest to ten element, który moim zdaniem, może być najszybciej zneutralizowany i z pewnych ruchów polskiego rządu odczytuję również takie myślenie. Przecież zgoda na dyskusję na temat unijnej konstytucji wróci i tak. W dniu dzisiejszym poparcie tego procesu niczym Polsce nie grozi. Nie oznacza bowiem ono wcale zgody na odejście od nicejskiej reformy instytucjonalnej. Ta reforma musi nastąpić, jeśli Unia ma się rozwijać. Występując w pierwszym szeregu tych, którzy do tego problemu powrócą stawiamy się w dobrym świetle i dodatkowo daje nam to szanse na wywalczenie jak najkorzystniejszych rozwiązań. Lepiej się z tym pospieszyć, ponieważ po przezwyciężeniu wewnętrznych problemów, a przede wszystkim po absorbującej uwagę kampanii wyborczej we Francji, to ten kraj zajmie tę pozycję. Przy rozpędzonym niemiecko-francuskim tandemie polski głos będzie dużo mniej słyszalny. Wsparcie niemieckich postulatów może również zaowocować w unijnej strategii wschodniej korzystniejszymi zapisami w sprawie Ukrainy. Już teraz wsparcie Ukrainy unijnymi funduszami wygląda z polskiej perspektywy bardzo dobrze. Ustępstwa polskie w sprawie niemieckich propozycji instytucjonalnych wewnątrz Unii, mogłyby spreparować zapis o perspektywie członkostwa Ukrainy. Nie można kierować się filozofią „Nicea albo śmierć”. Trzeba grać na remis ze wskazaniem i kalkulować tak, żeby ewentualne ustępstwa w konsekwencji przynosiły jeszcze większe korzyści. Karta ukraińska jest tym ważniejsza, że dobrze rozegrana może przynieść odprężenie na polu dywersyfikacji dostaw gazu. Spolaryzowanie Ukrainy na członkostwo w Unii nie musi kończyć się na komponencie bezpieczeństwa i stabilizacji naszej polityki wschodniej. Może przełożyć się na realne korzyści ekonomiczne i zrealizowanie budowy gazociągu, który zagwarantowałby dostawy tego surowca z regionu kaspijskiego, co wydaje się w porównaniu do planów dostaw gazu z Norwegii bardziej perspektywiczne pod względem ekonomicznym i strategicznym, chyba że jakieś rewelacje przyniosą toczące się w Berlinie rozmowy niemiecko-norweskie.
Jestem w pełni świadomy sporej dawki spekulacji w moich rozważaniach. Być może w pewnym sensie usprawiedliwi mnie fakt, że nie mam dostępu do informacji niejawnych, które być może rzuciłyby inne światło na podjęte przeze mnie tematy. Stoję jednak na stanowisku, że polska polityka zagraniczna, po widocznym kryzysie ma sporą szansę odnieść znaczący sukces. Sukces ten, mam nadzieję, przyczyniłby się do powrotu sprawdzonej zasady, że polityka zagraniczna powinna być konsensusem wszystkich liczących się sił politycznych w kraju. Realizacja powyższych projektów nadałaby polskiej dyplomacji konkretny kierunek i strategię, co przy rzetelnej pracy, bardzo wzmocniłoby jej ostatnio nadwątloną reputację.

Mariusz Jankowski